piątek, 16 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Witajcie. Tydzień temu wróciłam z dalekiej, dawno zapomnianej Lubelszczyzny i aktualnie leżę w moim osobistym łóżku. Święta spędzone we wspaniałym, rodzinnym gronie mam już za sobą, Sylwestrową zabawę również. Leżę i staram się przypomnieć sobie każde wydarzenie z tego roku. 2014 należy do jednych z najlepszych lat, zdecydowanie najlepszych. Był to rok spełnionych postanowień noworocznych i jednocześnie rok spełnionych marzeń. Oczywiście nie udało mi zrealizować się moich wszystkich planów, ale większą większość, co bardzo mnie cieszy. Rozpoczęłam ten rok tak jak każdy inny, z wielką nadzieją, że będzie inny od poprzednich, wyjątkowy. Postawiłam sobie dwa największe wyzwania. Pierwszym z nich była utrata zbędnych centymetrów. Od dawna walczę o wymarzoną, umięśnioną sylwetkę. Gdy 31 grudnia ubiegłego roku postawiłam sobie to wyzwanie nie myślałam, że uda mi się cokolwiek zmienić, jednak byłam pełna determinacji i zaczęłam działać. Styczeń, luty, marzec i początek kwietnia były miesiącami sukcesu. Wprowadziłam do swojego życia wielkie zmiany. Przeszłam na zdrową dietę. I nie mówię tutaj o odżywianiu się pod okiem dietetyka, ale o wyeliminowaniu niezdrowych produktów. Moją największą pokusą i jednocześnie wrogiem są słodycze i fastfoody. W niektórych momentach to jedzenie mogłoby dla mnie nie istnieć, ale bywało też tak, że brałam jedno amerykańskie ciasteczko i kończyło się to na zjedzeniu całej paczki. We wrześniu wróciłam do gry. Zaczęłam systematycznie jeść, biegać, ćwiczyć. Walczyłam przez cały czas. Czasem więcej, czasem mniej. Gdybym w kwietniu się nie rozchorowała i nie przerwała systematycznych ćwiczeń na pewno byłabym teraz w lepszej formie, jednak nie narzekam, bo udało mi się naprawdę wiele zmienić, co mnie niezmiernie cieszy. Moją największą motywacją był koncert Thirty Seconds To Mars na który miałam kupiony bilet meet & greet. Musiałam dobrze wyglądać na zdjęciu z idolami. Z tym wiąże się moje drugie postanowienie na 2014 rok. Od końca 2013 roku zbierałam pieniądze na wymarzone spotkanie z zespołem mojego życia. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Często traciłam wiarę w siebie, ale ostatecznie się udało. 20 czerwca wyleciałam do Krakowa, gdzie po roku spotkałam się z moją twitterową przyjaciółką Jagodą.
Tak oto rozpoczęły się dwa najlepsze tygodnie mojego życia. 22 czerwca przybyłyśmy do Rybnika, gdzie spotkałam się z większością znajomych, głownie należących do Echelonu, oczywiście poznanych przez internet. Nie wiem czy kiedyś mieliście okazje tego doświadczyć, ale to najwspanialsze i jednocześnie najdziwniejsze uczucie na świecie. Wiecie, znacie się z kimś pare lat i nagle po tym czasie ta osoba staje przed Tobą. Możesz ją dotknąć, przytulić, porozmawiać z nią, tak najrealniej w świecie. Jednak najcudowniejszą rzeczą jest spotkanie swoich idoli. To uczucie jest nie do opisania. Jeśli również jesteś Echelonem to chyba wiesz o czym mówię. Serce przelewa się z radości i miłości, a do oczu napływają łzy. Łzy szczęścia.
Przed zakupem M&G miałam chwile słabości, chciałam zrezygnować, bo zaczęło do mnie docierać, że $350 czy tam 1100zł nie chodzi piechotą, ale ostatecznie kliknęłam BUY i stało się.
Z ręką na sercu przysięgam, że nie żałuje ani jednego centa wydanego na ten bilet. Żadne pieniądze
nie oddadzą tak niepowtarzalnego doświadczenia. Więc jeśli kiedykolwiek będziecie mieli szanse spotkać się ze swoimi idolami, nie zastanawiajcie się, tylko kupujcie bilety, bo pieniądze zawsze się znajdą, a okazja na spełnienie swoich marzeń nie. W cenę pakietu "Kings + Queens" było wliczone Early Entrace, czyli tak zwane szybkie wejście na stadion.
Dzięki niemu udało mi się zdobyć idealne miejsce przy samych barierkach przed wybiegiem. Miałam wspaniały widok na Jareda, wokalistę Marsów i jednocześnie zdobywce Oscara za rolę Rayon w "Dallas Buyers Club". Kolejną zaletą barierek było prawie zagwarantowane wejście na scenę na ostatniej piosence "Up In The Air". 22 czerwca spełniłam swoje 3 największe marzenia. Udało się.
Tej samej nocy wróciłyśmy do domu Jagody aby następnego dnia wylecieć do mnie, do Amsterdamu. Tu też nie mogło obyć się bez atrakcji. Na lotnisku w Krakowie miałyśmy przyjemność popilnować walizki Pana posła Jerzego Fedorowicza, znanego również z roli ojca Beatki z "Przepisu Na Życie". Miło gawędziłyśmy sobie najpierw z nim i jak się potem okazało, z większą częścią Polskiego sejmu. Z kolei na Okęciu w Warszawie spotkałyśmy reprezentacje Polski bodajże w piłkę ręczną. My to mamy szczęście, co?
Następne dni spędziłyśmy na zwiedzaniu Amsterdamu i na spełnianiu kolejnych marzeń, tym razem nie moich a Jagodzi. 25 czerwca poszłyśmy na koncert aktualnie dwóch najpopularniejszych boysbandów świata, 5 Seconds Of Summer oraz One Direction. Nie słucham ich na codzień,  ale muszę przyznać, że ich występy na żywo zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Resztę dni czerwca poświęciłyśmy na podróżowaniu po Holandii, między innymi do parku rozrywki Walibii Holland. Na początku lipca odebrałam raport (świadectwo) ze szkoły i tego samego dnia czekałam na Centralnym w Amsterdamie na Jana Kiepurę. Kierunek: Warszawa Centralna. Letni wiatr, późny zachód słońca i cała noc spędzona w pociągu jadącym po Niemieckich torach. Czas oficjalnie rozpocząć wakacje!
O 12:00 następnego dnia wysiadłam na drugim peronie Warszawskiego dworca centralnego gdzie czekała na mnie Kasia- kolejna wspaniała osoba poznana przez internet. To było nasze pierwsze realne spotkanie i jednocześnie moja pierwsza wizyta w stolicy po paru ładnych latach. Spędziłyśmy razem godzinę po czym ruszyłam dalej, na Lubelszczyznę. Jedyne o czym możecie marzyć po 17-to godzinnej podróży pociągiem to kąpiel i długi sen. Jednak ja miałam przed sobą kolejne 2,5 godziny w pociągu, piekielnie dusznym pociągu i zasypiającym facetem, który gwałtownie przechylał się na moje ramie, oczywiście robiąc to nieświadomie. Mimo, że ta podróż wydawała się być niekończącą się opowieścią po tych paru godzinach dotarłam na swoją ojczystą ziemię. Tak mniej więcej wygląda moje życie, wiecznie w trasie i na walizkach. Całe wakacje spędziłam w Polsce. Któregoś dnia wraz z moją przyjaciółką Zuzą znowu wybrałyśmy się do Warszawy. Zachciało im się zwiedzać, turystki pieprzone.
Najbardziej co mi z tego wyjazdu utkwiło w głowie, to dwie godziny spędzone w Złotych Tarasach na mierzeniu zwykłych czarnych Conversów w Footlockerze i ten przystojny wysoki brunet, który akurat miał swój pierwszy dzień pracy i przez ten cały pomagał mi dobrać odpowiedni rozmiar butów. Kapitalnie. W połowie sierpnia rozpoczął się mój rok szkolny. "Panie i panowie, wracamy do piekła" pomyślałam, przekraczając próg szkolnych drzwi. Pierwsze dziesiątki z Francuskiego i Niemieckiego, pierwsza jedynka z fizyki. Tak oto wróciłam do mojego monotonnego życia. Pod koniec września Chodakowska znowu stała się moim codziennym gościem, a buty do biegania znalazły stałe miejsce w mojej szafie. Wiecie, czasami trzeba się jakoś oderwać od codzienności, zresetować umysł. Wtedy lubię włożyć słuchawki w uszy i pokonać 4 czy tam 5 kilometrów. Po takim dystansie człowiek znowu zaczyna słyszeć swoje myśli i można wziąć się za naukę. Tak oto minęło 5 miesięcy. W miedzy czasie dowiedziałam się, że w 2015 czekają na mnie kolejne wyjazdy na koncerty z Jagodą, np. Włochy, a dokładniej Turyn i koncert 5 Seconds Of Summer, albo One Direction w Brukseli. Nie może mnie zabraknąć na kolejnym, tym razem Gdańskim wydarzeniu roku, czyli prawdopodobnie ostatni koncert Marsów przed dłuższą przerwą. Poza koncertami na pewno natknę się na inne, wypoczynkowe wyjazdy, ale tego dowiem się z czasem. A teraz mamy już styczeń, przed chwilą wróciłam z Polski. Parę tygodni temu znowu widziałam się z Kasią. Teraz dochodzi w pół do trzeciej nad ranem a ja zamiast spać leżę zwinięta w kulkę i pisze tego posta. No właśnie, zapomniałam wspomnieć o najważniejszym. W maju założyłam bloga. Znowu natknęła mnie wena artystyczna na pisanie kolejnej internetowej kroniki. Mam jedynie nadzieję, że ta pożyje dłużej od poprzednich.

wtorek, 30 grudnia 2014

Święta, święta i po świętach

 
Święta Bożego Narodzenia 2014 już za nami. Po paroletniej przerwie w końcu spędziłam je w ciepłym, rodzinnym gronie w Polsce. Pod choinką znalazłam wspaniałe prezenty, które są tak naprawdę jedynie malutkim detalem Bożego Narodzenia, a najpiękniejszym z nich jest długo wyczekiwany śnieg. W drugi dzień świąt nastąpiła "dramatyczna" zmiana klimatu. Z +7 stopni Celsjusza temperatura spadła do zera i z nieba zaczęły spadać białe płatki zimnego puchu. Zasnęłam w październikowym klimacie i obudziłam się w prawdziwym grudniu. Nawet nie wiecie jak się cieszyłam i nadal jestem zachwycona, jednak coraz niższa temperatura zostawia wyraźne znaki po sobie. Aktualny stan to śnieg za kostki i -10 stopni. Wcześniej mi ta temperatura w ogóle nie przeszkadzała, ale po godzinie spędzonej na zewnątrz zaczęło robić się coraz mniej przyjemnie. Dzisiejszy dzień spędziłam głównie w Lubelskim Felicity na ostatnich zakupach przed Sylwestrową imprezą. Kreacja już gotowa, teraz jeszcze kwestie kosmetyczne. Swoją drogą, czy zdajecie sobie sprawę, że pojutrze przywitamy 2015 rok? Czy tylko mi ta data wydaje się wyjątkowo kosmiczna, jak z filmów science fiction?
 

sobota, 20 grudnia 2014

Pierwsze wrażenie: Beauty Blender

Cześć kochani! Nadszedł czas na małą recenzje mojego nowego aplikatora do makijażu, czyli złotego, a raczej różowego jaja.
Jeśli już wcześniej odwiedzaliście mojego bloga na pewno wiecie, że wśród moich Mikołajkowych prezentów znalazł się Beauty Blender. Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą lub po prostu zapomnieli czym on jest przygotowałam małe przypomnienie: BB jest innowacyjną gąbką do wykonywania nieskazitelnego makijażu o naturalnym wyglądzie. To cudeńko jest zapakowane w okrągłe pudełko wykonane z przezroczystego plastiku z takim samym, okrągłym wieczkiem. Na przodzie widnieje logo z napisem Beauty Blender, a z tyłu opakowania autor przedstawia mały "overview" produktu. Gąbeczka ma jajowaty kształt, który pozwala na swobodną aplikacje podkładów i korektorów. Dzięki cieniutkiemu czubkowi można dotrzeć w najmniejsze zakątki twarzy i dokładnie wykończyć makijaż. Beauty Blender jest wykonany z hipoalergicznego materiału, bez lateksu. Dzięki bardzo małym "porom" nie wchłania masy podkładu, przez co zaoszczędzamy dużo kosmetyku. BB jest bardzo miły w dotyku. Używamy go na mokro. Czyli moczymy go przez chwilę pod kranem lub w miseczce po czym wyciskamy. Po zamoczeniu w wodzie wyraźnie widać różnice wielkości.
Szczerze mówiąc, niepewnie podeszłam do pierwszego użycia Beauty Blendera. Bałam się, że przez wilgoć która nadal znajduje się w gąbeczce podkład się po prostu rozpłynie. Po nałożeniu kosmetyku przeszłam do rozprowadzania. I tu wielka niespodzianka. Dzięki precyzyjnemu wykonaniu gąbki podkład rzeczywiście nabiera wyglądu HD. Idealnie wyrównuje koloryt skóry i daje naturalny efekt. Największą zaletą jest fakt, że podkład zaaplikowany Beauty Blenderem nadaje mu wygląd kosmetyku z wysokiej półki. Jeśli chodzi o trwałość, też jest lepiej od makijażu wykonanego pędzlem. Przy pierwszym użyciu użyłam zarówno podkładu jak i pudru oraz różu. Żaden z wyżej podanych produktów nie sprawiał kłopotu w aplikacji. Podsumowując:

 Plusy:
  • Przyjemny dla skóry
  • Dobrze rozprowadza podkład
  • Wyrównuje koloryt skóry
  • Ulepsza jakość makijażu
  • Naturalny efekt
  • Nie wchłania podkładu
  • Długa trwałość makijażu
Minusy:
  • Cena
Po podsumowaniu wszystkich plusów i minusów, których tak naprawdę nie ma, śmiało mogę powiedzieć, że bez zastanowienia byłabym w stanie odstawić pędzle i całkowicie przerzucić się na to różowe jajo. A czy Wy używaliście kiedyś BB? Jeśli tak, to co o nim sądzicie?
  

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Good to see you, Warsaw!

Witajcie! Przedwczoraj mój licznik w telefonie pokazywał zero, jedno wielkie zero a to oznaczało tylko jedno, nadszedł dzień wyjazdu do Polski. Żeby moja opowieść trzymała się kupy, zacznę od samego początku. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, po chwili dołączyła ciężkość głowy i jak się okazało wysoka gorączka. Załamałam się, bo nie mogłam pozwolić sobie na chorobę paręnaście godzin przed moim wyjazdem. Sięgnęłam po witaminę C i paracetamol by zbić wysoką temperaturę. Przez cały dzień leżałam. Nie miałam siły oddychać a co dopiero wstać i przebrnąć przez półtora tysiąca kilometrów. W pewnym momencie pogodziłam się już z myślą, że chyba jednak muszę się poddać, że choroba zwyciężyła. Jednak pod wieczór trochę mi ulżyło i wykorzystałam wszystkie możliwe siły na przygotowanie się do podróży. Planowałam pójść spać o 19:00, bo o 04:30 miał zadzwonić mój budzik, jednak ostatecznie spałam niecałe półtorej godziny. Po przebudzeniu nadal dokuczał mi ostry ból gardła, jednak moja temperatura ciała nie przekraczała 38. Dałam z siebie wszystko aby przetrwać. O piątej rano wsiadłam do samochodu, po czym ruszyliśmy w stronę lotniska, a dokładniej Schiphol w Amsterdamie. Szczerze mówiąc bardzo się o siebie martwiłam. Nie wyobrażałam sobie jak to wszystko będzie wyglądać. Ja z łbem jak wiadro i pięćdziesięcioprocentową świadomością tego co się dzieje wokół mnie. Bardzo obawiałam się omdlenia, na szczęście nic z tych rzeczy mi się nie przytrafiło. Droga na lotnisko zajęła nam bardzo mało czasu, bo jedyne 40 minut, ale to pewnie przez pustki na autostradzie. Na lotnisku powitały mnie pięknie dekoracje świąteczne. Wysokie choinki z jasnym oświetleniem i dużymi bombkami wręcz uśmiechały się do przechodniów. Najgorsza była odprawa. Gdy stanęłam w kolejce dostrzegłam, że przede mną stoi około sto osób. Tradycyjnie musiałam wyjąć z bagażu podręcznego wszystkie płyny oraz zdjąć kurtkę, szalik i.. buty. No cóż, najwyraźniej wprowadzili jakieś dodatkowo ostre zimowe zasady kontrolne. Po odprawie kierowałam się w stronę mojego przejścia, C13 z którego  zazwyczaj latają samoloty linii lotniczych Lot. Jeśli już kiedyś lataliście ze Schiphola do Polski to wiecie, że trasa przejście graniczne-gate C13 zajmuje 7-8 minut normalnym krokiem. Teraz się już chyba domyślacie, że to lotnisko nie należy do małych. 




Gdy dotarłam do przejścia niestety wszystkie ławki były już zajęte, więc byłam zmuszona usiąść na "parapecie" przy oknie. Przeczekałam 15 minut i otworzyli przejście. Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy latam dostaje miejsce 13A, czyli przy samym skrzydle. Na początku czekaliśmy aż wszystkie bagaże zostaną zapakowane. W drodze na pas startowy stewardesa wyjaśniła zasady bezpieczeństwa na pokładzie po czym byliśmy gotowi do startu.  Po osiągnięciu wysokości przelotowej mieliśmy możliwość ze skorzystania z pokładowego, płatnego serwisu. W mniej więcej połowie lotu każdy pasażer otrzymał DARMOWĄ szklankę wody mineralnej i Prince Polo o wielkości 1/3 normalnej wersji wafla. *śmiech* Oczywiście nadal można było nabyć ciepłe napoje, ale jak sobie pomyśle, że miałabym wydać 8zł na malutki kubeczek herbaty to mi się jej odechciewa. 

 
Ogólnie rzecz biorąc lot trwał niecałe półtorej godziny i był całkiem dobry, pomijając częste mini-turbulencje przez silny wiatr, który na szczęście wiał nam w plecy. Po godzinie lotu niebo zaczęło się rozjaśniać. Nad Niemcami wschodziło słońce. Chciałam nagrać ten piękny widok, ale bateria poległa. Uroki kręcenia vlogów telefonem.. Podczas zmiany wysokości przedzieraliśmy się przez białe chmury. W jednej chwili z promiennej atmosfery znaleźliśmy się w szarym, ponurym świecie. Po wylądowaniu spędziłam jeszcze poł godziny przy lotniskowym gniazdku kontaktowym, tak aby moja Galaxa trochę ożyła. W między czasie czułam, że gorączka znowu mnie atakuje, więc sięgnęłam po kolejną tabletkę paracetamolu. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o chorobie i się udało. Złapałam 175 i ruszyłam do Centrum Warszawy.


Pierwszy raz w życiu jechałam sama z lotniska do centrum stolicy, gdzie po 5 miesiącach spotkałam się z moim kosmetycznym ekspertem- Kasią. Miło spędziłyśmy czas na długiej pogawędce i najważniejszym,   zakupach! Odwiedziłyśmy między innymi MAC, Bath&BodyWorks i Hebe. No właśnie, Hebe! Pierwszy raz w życiu zrobiłam zakupy w tej drogerii. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam i z tego co wiem, to u mnie w Holandii jej nie ma, ale myślę, że podczas mojego pobytu w Polsce na pewno ją jeszcze odwiedzę. Ta sama historia z B&BW. W całej Holandii nie ma ani jednego punktu tej marki. Urzekły mnie zapachy ich świeczek, a zwłaszcza Merry Cookie. Nie mogłam się mu oprzeć, zwłaszcza, że 3 świeczki były w cenie 2. Kapitalnie!



Wypad do Warszawy nie mógłby być uznany za udany gdybyśmy nie zahaczyły o najbardziej hipsterską kawiarnię świata, Starbucks. Pierwszy raz spróbowałam Gingerbread latte i muszę przyznać, że jest przepyszna a w gronie wspaniałych znajomych smakuje jeszcze lepiej. Mniam! Przy okazji wymieniłyśmy się prezentami świątecznymi. Podarowałam Kasi książkę Zoelli "Girl Online",  która miała niedawno swoją premierę. Z kolei ja dostałam wiele przewspaniałych rzeczy o których opowiem w poście z Warszawskiego haulu. O 12:55 na peron 2 wjechał mój pociąg jadący do Lublina, czyli terenu z którego pochodzę. Szkoda, że nasze spotkanie trwało tak krótko. Mam nadzieję, że następnym razem będziemy miały dużo więcej czasu na babskie pogaduchy.


Tak oto prezentuje się piewsza świąteczna notka. Jak Wam się podoba? Swoją drogą, wydaje mi się, że zebrałam wystarczająco materiału na mini-vloga, ale nie mam zielonego pojęcia kiedy go opublikuje, bo niestety nie miałam możliwości wzięcia ze sobą swojego laptopa.

wtorek, 9 grudnia 2014

Co dostałam na Mikołajki?!

Dobry wieczór! Tak jak ostatnio obiecałam dodaję post o prezentach, które dostałam na Mikołajki. Miłej lektury!
No to może zacznę od najpiękniejszej rzeczy jaka tylko mogłaby mi się przytrafić. Piątego grudnia, czyli dzień przed Mikołajkami organizator koncertów Prestige MJM ogłosił, że mój ulubiony zespół Thirty Seconds To Mars znowu zagra koncert w Polsce. Nadal nie mogę w to uwierzyć, bo byłam święcie przekonana, że koncert który dali w Rybniku będzie ich ostatnim koncertem z tego albumu i że pewnie przez dłuższy czas ich już nie zobaczę. A tu bang, niespodzianka. Ósmego kwietnia 2015 roku wystąpią na Ergo Arenie Gdańsk w Sopocie i zgadnijcie kto tam będzie. JA!!!! To będzie mój czwarty koncert Marsów i jednocześnie drugi w Polsce. Radość która w tym momencie ze mnie tryska jest po prostu nie do opisania. Nie mogłam sobie wymarzyć piękniejszego prezentu Mikołajkowego. No dobrze, a teraz przejdźmy do bardziej materialnej części tego posta. W sobotę, 6 grudnia pierwszą rzeczą którą ujrzałam tuż po otworzeniu oczu był nieznany obiekt na mojej szafce nocnej. Okazało się, że jest to torebeczka z prezentami od św. Mikołaja! Gdy ją rozpakowałam ujrzałam 3 produkty znajdujące się na najwyższych pozycjach mojej listy must-have na najbliższe miesiące. Chyba rozumiecie co czułam gdy do mnie dotarło, że w jednej chwili dostałam trzy najbardziej chciane produkty. Pierwszym prezentem jest cudowny Beauty Blender w który od dawna chciałam zainwestować, ale za każdym razem coś mnie powstrzymywało. BB jest różową, innowacyjną gąbeczką w kształcie jajka do wykonywania nieskazitelnego makijażu. Dzięki niej makijaż wygląda naturalnie i utrzymuje się o wiele dłużej. Gąbka nie zawiera lateksu, jest hipoalergiczna, bezzapachowa i ponadto wielokrotnego użytku. Do tej pory używałam pędzli lub jednorazowych gąbek z drogerii, dlatego jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi. Co do trwałości Beauty Blendera, producent twierdzi, że może wytrwać nawet 6 miesięcy. Zobaczymy, czy rzeczywiście tak jest!



Drugim prezentem jest mgiełka Victoria's Secret! Aaa, jest cudowna! Kolejny anielski płyn do kolekcji. Jest to mgiełka Love Spell o zapachu sakury i brzoskwini. Z tego co wiem, to jeden z najpopularniejszych zapachów Victoria's Secret. Pojemność butelki to standardowo 200 ml. Tak jak już wcześniej wspominałam, przed pierwszym spotkaniem z mgiełkami VS nie przepadałam za słodkimi zapachami, jednak teraz moje zdanie kolosalnie się zmieniło. Pokochałam je do takiego stopnia, że najchętniej kupiłabym wszystkie! Szkoda, że w internecie nie ma przycisku "powąchaj"..



Trzecim i ostatnim prezentem jest podkład Bourjouis Healthy Mix, który był moim grudniowym must-have. Widziałam go na kanałach wielu vloggerek, bądź na blogach, poza tym ma bardzo dobre opinie na forach. Z tego co wyczytałam wynika, że gwarantuje bardzo dobre krycie. Bardzo mnie to cieszy, bo jego cena nie jest bardzo wysoka. Nigdy wcześniej nie stosowałam żadnych produktów kryjących tej marki. Jedyne co przewinęło się w moich rękach to cienie do oczu lub pomadki. Dostałam idealnie dobrany odcień, więc jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi.


Podsumowując: Tegoroczne Mikołajki oraz prezenty otrzymane od "Świętego Mikołaja", za które serdecznie dziękuję, są 100% strzałem w dziesiątkę. Nie mogę się doczekać testowania tych perełek. Oczywiście dam znać jak się sprawdziły. A co Wy znaleźliście pod swoimi poduszkami? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Update: Nowe posty, pomysły i święta w Polsce

Hej! Dochodzi północ a ja siedzę z laptopem na kolanach, piję herbatę i staram się nie zwracać uwagi na intensywny zapach domowej wcierki z kozieradki. Od jakiegoś czasu nie mam weny do blogowania. Mam wrażenie, że nie podoba Wam się to co tworze, że moja egzystencja w świecie blogerów nie ma sensu. Przez cały dzień myślałam nad tym miejscem. Przeanalizowałam wszystkie plusy i minusy dzielenia się z Wami kawałkiem mojego życia. Tak wiele razy obiecywałam, że będę publikować posty regularnie, że będę poświęcać Wam więcej czasu. Za każdym razem kończy się to w ten sam sposób- porażką. Chyba jedyne co mi w tym momencie pozostało, to postawienie wszystkiego na jedną kartę i całkowite rzucenie się w wir blogerstwa. Jak to mówi Jared Leto "Try and fail, but never fail to try." 
Jakiś czas temu wspominałam o ideach na nowe notki. One nadal są w mojej głowie, a niektóre  z nich przelałam już na tę internetową kartkę papieru. Wkrótce pojawi się coś, czego jeszcze nigdy tutaj nie było. Zamierzam stworzyć małą serię świąteczną. Jak na razie mogę zdradzić, że nie będą to tylko posty. Poza tym, Boże Narodzenie i Sylwestra spędzę w Polsce! Nie wyobrażacie sobie jak bardzo cieszę się z tego powodu. Nareszcie spotkam się z całą rodziną i spędzę ten czas w gronie najbliższych. Kolejną rzeczą jest fakt, że od 2,5 roku nie widziałam śniegu. Zimy w Holandii bardziej przypominają Polską jesień niż miesiąc Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego raczej nie zdziwi Was moja potrzeba prawdziwej, siarczystej zimy z metrowymi opadami śniegu. Teraz pozostało mi tylko trzymać kciuki, aby  do 13 grudnia, czyli dnia mojego przylotu, zima dała znaki życia. W tym tygodniu czeka mnie prawdziwa katorga. Musze napisać wszystkie sprawdziany, które oficjalnie miałabym dopiero za tydzień. A właśnie, w sobotę były Mikołajki! Czy nadal obchodzicie tę tradycje? Jeśli tak, to co dostaliście? Na dniach pojawi się post z moimi prezentami, so stay tuned! Macie już jakieś pomysły na świąteczne prezenty dla najbliższych? Jeśli tak, to jakie? Dzisiaj wybrałam się do centrum w poszukiwaniu czegoś co mogłoby przypaść do gustu mojej rodzinie. Niestety, misja zakończona niepowodzeniem. Chyba będę musiała zaopatrzyć się w prezenty gdy dolecę już do Polski. Swoją drogą, uwielbiam gdy miasto jest już w tym Bożonarodzeniowym klimacie. Szkoda tylko, że nie ma śniegu.. P.S Czy chcielibyście abym od połowy grudnia codziennie dodawała tzw. Vlogmas? Koniecznie napiszcie na dole!


niedziela, 7 grudnia 2014

November Beauty Favourites

Listopad, czyli typowo jesienny miesiąc już za nami, a to oznacza, że nadszedł czas na wskazanie paru produktów, które w ciągu ubiegłych 30 dni najczęściej trafiały w moje ręce.


Na pierwszym miejscu w moim listopadowym rankingu znalazł się lakier Essie. Poszukiwałam odcieniu, który idealnie zgra się z jesienną aurą i jednocześnie będzie klasyczny i elegancki. Dress to kill spełnił moje wszystkie wymagania. Czerwony klasyk, czyli lakier zdecydowanie na każdą porę dnia i nocy. Jedna warstwa daje całkowite krycie, jednak dla pewności wolę nałożyć dodatkową extra. W  moim przypadku przetrwał on całkowicie 3 dni. Potem pojawiły się "ślady użytkowania". Wydaje mi się, że tak szybkie zdarcie lakieru jest efektem braku utwardzacza. Mimo to uważam, że jego zakup był strzałem w dziesiątkę. 

Pachnieć jak aniołki, czyli mgiełka Victoria's Secret Mango Temptation. Dostałam ją od mojej mamy i przypuszczam, że pochodzi z butiku VS w Amsterdamie. Przezroczysta buteleczka o pojemności 250ml jest wykonana z mocnego plastiku. Na środku widnieje złote logo marki a pod nim nazwa mgiełki. Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo słodki. Producent opisuje go jako nektar z mango i ketmii. Utrzymuje się stosunkowo długo. Szczerze mówiąc, nadal jestem zaskoczona, że ten zapach naprawdę przypadł mi do gustu, bo zazwyczaj staram się unikać takich zapachów. No cóż, cieszę się, że w końcu coś w sobie przełamałam i tak bardzo polubiłam słodki, anielski zapach.


Następny produkt jest przeznaczony do pielęgnacji włosów. Od dłuższego czasu zmagam się z ich silnym wypadaniem i szczerze mówiąc nie wiem co jest tego przyczyną, bo mój stan zdrowotny jest na dobrym poziomie. W każdym razie, jakiś czas temu postanowiłam wybrać się do apteki i znaleźć coś, co pomoże mi zredukować utratę włosów. Wybrałam szampon Vichy, a dokładniej Dercos Technique. Buteleczka zawiera 200ml szamponu o dziwnym zapachu trochę przypominającym zioła, ale nie do końca. Na pierwszym miejscu składu znajduje się AQUA, a na drugim SLS czyli Sodium Laureth Sulfate. Mam bardzo wrażliwą skórę głowy, więc staram się unikać wszelkich silikonów, ale szampon nadal musi być szamponem i myć, więc no.. Jeśli chodzi o działanie to z ręką na sercu przyznaje, że naprawdę pomaga. Nie obciąża i nie wysusza skóry. Stosuję go od miesiąca i już widzę małe rezultaty. Na szczotce zostaje zdecydowanie mniej włosów. Poza tym stały się one mocniejsze i jak na razie nie pojawiły się jeszcze żadne rozdwojone końcówki. Oby tak dalej!

Teraz parę słów o głównej atrakcji notki, La Roche Posay. Od około miesiąca stosuje trzy produkty tej marki. Pierwszym z nich jest Effeclar Lotion Astrigente Micro-Exfoliante, czyli tonik zwężający pory i przeciwdziałający ich zatykaniu. Po miesiącu stosowania zauważyłam ogromną poprawę. Bardzo dobrze oczyszcza, łagodzi wszelkie podrażnienia. Poza tym nie wysusza i nie naciąga skóry co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo w zapachu wyraźnie czuć alkohol. Najmniej przyjemniejszą rzeczą jest delikatne szczypanie w podrażnionych miejscach. Poza tym nie widzę żadnych innych minusów. Cena jest również całkiem przyzwoita jak na takie cudo. Drugim produkt to Effaclar A.I. Przyśpiesza on gojenie się wszelkich krostek, wyprysków i działa bakteriobójczo. Stosuje go punktowo, głównie na czole. Doskonale nadaje się pod podkład, nie powstają żadne "wałeczki".  Ma bardzo delikatny, przyjemny zapach. Po pierwszym tygodniu stosowania zauważyłam kolosalną różnicę. Śmiało mogę powiedzieć, że nareszcie znalazłam preparat na wypryski, który naprawdę działa! Ostatnią perełką jest fenomenalny Cicaplast. Krem przyśpiesza regenerację naskórka. Idealnie nadaje się do mojej wysuszonej skóry z tendencją do częstego pojawiania się krostek. Te trzy produkty na stałe zadomowiły się w mojej codziennej, porannej i wieczornej rutynie. Co do kremów, to stosuje je na zmianę- rano Effaclar A.I a wieczorem Cicaplast. 


Znacie moich ulubieńców? Jeśli tak, to co o nich sądzicie? Jakie produkty zostały Waszymi ulubieńcami listopada? Dajcie znać! :)