wtorek, 30 grudnia 2014

Święta, święta i po świętach

 
Święta Bożego Narodzenia 2014 już za nami. Po paroletniej przerwie w końcu spędziłam je w ciepłym, rodzinnym gronie w Polsce. Pod choinką znalazłam wspaniałe prezenty, które są tak naprawdę jedynie malutkim detalem Bożego Narodzenia, a najpiękniejszym z nich jest długo wyczekiwany śnieg. W drugi dzień świąt nastąpiła "dramatyczna" zmiana klimatu. Z +7 stopni Celsjusza temperatura spadła do zera i z nieba zaczęły spadać białe płatki zimnego puchu. Zasnęłam w październikowym klimacie i obudziłam się w prawdziwym grudniu. Nawet nie wiecie jak się cieszyłam i nadal jestem zachwycona, jednak coraz niższa temperatura zostawia wyraźne znaki po sobie. Aktualny stan to śnieg za kostki i -10 stopni. Wcześniej mi ta temperatura w ogóle nie przeszkadzała, ale po godzinie spędzonej na zewnątrz zaczęło robić się coraz mniej przyjemnie. Dzisiejszy dzień spędziłam głównie w Lubelskim Felicity na ostatnich zakupach przed Sylwestrową imprezą. Kreacja już gotowa, teraz jeszcze kwestie kosmetyczne. Swoją drogą, czy zdajecie sobie sprawę, że pojutrze przywitamy 2015 rok? Czy tylko mi ta data wydaje się wyjątkowo kosmiczna, jak z filmów science fiction?
 

sobota, 20 grudnia 2014

Pierwsze wrażenie: Beauty Blender

Cześć kochani! Nadszedł czas na małą recenzje mojego nowego aplikatora do makijażu, czyli złotego, a raczej różowego jaja.
Jeśli już wcześniej odwiedzaliście mojego bloga na pewno wiecie, że wśród moich Mikołajkowych prezentów znalazł się Beauty Blender. Dla tych którzy jeszcze nie wiedzą lub po prostu zapomnieli czym on jest przygotowałam małe przypomnienie: BB jest innowacyjną gąbką do wykonywania nieskazitelnego makijażu o naturalnym wyglądzie. To cudeńko jest zapakowane w okrągłe pudełko wykonane z przezroczystego plastiku z takim samym, okrągłym wieczkiem. Na przodzie widnieje logo z napisem Beauty Blender, a z tyłu opakowania autor przedstawia mały "overview" produktu. Gąbeczka ma jajowaty kształt, który pozwala na swobodną aplikacje podkładów i korektorów. Dzięki cieniutkiemu czubkowi można dotrzeć w najmniejsze zakątki twarzy i dokładnie wykończyć makijaż. Beauty Blender jest wykonany z hipoalergicznego materiału, bez lateksu. Dzięki bardzo małym "porom" nie wchłania masy podkładu, przez co zaoszczędzamy dużo kosmetyku. BB jest bardzo miły w dotyku. Używamy go na mokro. Czyli moczymy go przez chwilę pod kranem lub w miseczce po czym wyciskamy. Po zamoczeniu w wodzie wyraźnie widać różnice wielkości.
Szczerze mówiąc, niepewnie podeszłam do pierwszego użycia Beauty Blendera. Bałam się, że przez wilgoć która nadal znajduje się w gąbeczce podkład się po prostu rozpłynie. Po nałożeniu kosmetyku przeszłam do rozprowadzania. I tu wielka niespodzianka. Dzięki precyzyjnemu wykonaniu gąbki podkład rzeczywiście nabiera wyglądu HD. Idealnie wyrównuje koloryt skóry i daje naturalny efekt. Największą zaletą jest fakt, że podkład zaaplikowany Beauty Blenderem nadaje mu wygląd kosmetyku z wysokiej półki. Jeśli chodzi o trwałość, też jest lepiej od makijażu wykonanego pędzlem. Przy pierwszym użyciu użyłam zarówno podkładu jak i pudru oraz różu. Żaden z wyżej podanych produktów nie sprawiał kłopotu w aplikacji. Podsumowując:

 Plusy:
  • Przyjemny dla skóry
  • Dobrze rozprowadza podkład
  • Wyrównuje koloryt skóry
  • Ulepsza jakość makijażu
  • Naturalny efekt
  • Nie wchłania podkładu
  • Długa trwałość makijażu
Minusy:
  • Cena
Po podsumowaniu wszystkich plusów i minusów, których tak naprawdę nie ma, śmiało mogę powiedzieć, że bez zastanowienia byłabym w stanie odstawić pędzle i całkowicie przerzucić się na to różowe jajo. A czy Wy używaliście kiedyś BB? Jeśli tak, to co o nim sądzicie?
  

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Good to see you, Warsaw!

Witajcie! Przedwczoraj mój licznik w telefonie pokazywał zero, jedno wielkie zero a to oznaczało tylko jedno, nadszedł dzień wyjazdu do Polski. Żeby moja opowieść trzymała się kupy, zacznę od samego początku. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, po chwili dołączyła ciężkość głowy i jak się okazało wysoka gorączka. Załamałam się, bo nie mogłam pozwolić sobie na chorobę paręnaście godzin przed moim wyjazdem. Sięgnęłam po witaminę C i paracetamol by zbić wysoką temperaturę. Przez cały dzień leżałam. Nie miałam siły oddychać a co dopiero wstać i przebrnąć przez półtora tysiąca kilometrów. W pewnym momencie pogodziłam się już z myślą, że chyba jednak muszę się poddać, że choroba zwyciężyła. Jednak pod wieczór trochę mi ulżyło i wykorzystałam wszystkie możliwe siły na przygotowanie się do podróży. Planowałam pójść spać o 19:00, bo o 04:30 miał zadzwonić mój budzik, jednak ostatecznie spałam niecałe półtorej godziny. Po przebudzeniu nadal dokuczał mi ostry ból gardła, jednak moja temperatura ciała nie przekraczała 38. Dałam z siebie wszystko aby przetrwać. O piątej rano wsiadłam do samochodu, po czym ruszyliśmy w stronę lotniska, a dokładniej Schiphol w Amsterdamie. Szczerze mówiąc bardzo się o siebie martwiłam. Nie wyobrażałam sobie jak to wszystko będzie wyglądać. Ja z łbem jak wiadro i pięćdziesięcioprocentową świadomością tego co się dzieje wokół mnie. Bardzo obawiałam się omdlenia, na szczęście nic z tych rzeczy mi się nie przytrafiło. Droga na lotnisko zajęła nam bardzo mało czasu, bo jedyne 40 minut, ale to pewnie przez pustki na autostradzie. Na lotnisku powitały mnie pięknie dekoracje świąteczne. Wysokie choinki z jasnym oświetleniem i dużymi bombkami wręcz uśmiechały się do przechodniów. Najgorsza była odprawa. Gdy stanęłam w kolejce dostrzegłam, że przede mną stoi około sto osób. Tradycyjnie musiałam wyjąć z bagażu podręcznego wszystkie płyny oraz zdjąć kurtkę, szalik i.. buty. No cóż, najwyraźniej wprowadzili jakieś dodatkowo ostre zimowe zasady kontrolne. Po odprawie kierowałam się w stronę mojego przejścia, C13 z którego  zazwyczaj latają samoloty linii lotniczych Lot. Jeśli już kiedyś lataliście ze Schiphola do Polski to wiecie, że trasa przejście graniczne-gate C13 zajmuje 7-8 minut normalnym krokiem. Teraz się już chyba domyślacie, że to lotnisko nie należy do małych. 




Gdy dotarłam do przejścia niestety wszystkie ławki były już zajęte, więc byłam zmuszona usiąść na "parapecie" przy oknie. Przeczekałam 15 minut i otworzyli przejście. Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy latam dostaje miejsce 13A, czyli przy samym skrzydle. Na początku czekaliśmy aż wszystkie bagaże zostaną zapakowane. W drodze na pas startowy stewardesa wyjaśniła zasady bezpieczeństwa na pokładzie po czym byliśmy gotowi do startu.  Po osiągnięciu wysokości przelotowej mieliśmy możliwość ze skorzystania z pokładowego, płatnego serwisu. W mniej więcej połowie lotu każdy pasażer otrzymał DARMOWĄ szklankę wody mineralnej i Prince Polo o wielkości 1/3 normalnej wersji wafla. *śmiech* Oczywiście nadal można było nabyć ciepłe napoje, ale jak sobie pomyśle, że miałabym wydać 8zł na malutki kubeczek herbaty to mi się jej odechciewa. 

 
Ogólnie rzecz biorąc lot trwał niecałe półtorej godziny i był całkiem dobry, pomijając częste mini-turbulencje przez silny wiatr, który na szczęście wiał nam w plecy. Po godzinie lotu niebo zaczęło się rozjaśniać. Nad Niemcami wschodziło słońce. Chciałam nagrać ten piękny widok, ale bateria poległa. Uroki kręcenia vlogów telefonem.. Podczas zmiany wysokości przedzieraliśmy się przez białe chmury. W jednej chwili z promiennej atmosfery znaleźliśmy się w szarym, ponurym świecie. Po wylądowaniu spędziłam jeszcze poł godziny przy lotniskowym gniazdku kontaktowym, tak aby moja Galaxa trochę ożyła. W między czasie czułam, że gorączka znowu mnie atakuje, więc sięgnęłam po kolejną tabletkę paracetamolu. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o chorobie i się udało. Złapałam 175 i ruszyłam do Centrum Warszawy.


Pierwszy raz w życiu jechałam sama z lotniska do centrum stolicy, gdzie po 5 miesiącach spotkałam się z moim kosmetycznym ekspertem- Kasią. Miło spędziłyśmy czas na długiej pogawędce i najważniejszym,   zakupach! Odwiedziłyśmy między innymi MAC, Bath&BodyWorks i Hebe. No właśnie, Hebe! Pierwszy raz w życiu zrobiłam zakupy w tej drogerii. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam i z tego co wiem, to u mnie w Holandii jej nie ma, ale myślę, że podczas mojego pobytu w Polsce na pewno ją jeszcze odwiedzę. Ta sama historia z B&BW. W całej Holandii nie ma ani jednego punktu tej marki. Urzekły mnie zapachy ich świeczek, a zwłaszcza Merry Cookie. Nie mogłam się mu oprzeć, zwłaszcza, że 3 świeczki były w cenie 2. Kapitalnie!



Wypad do Warszawy nie mógłby być uznany za udany gdybyśmy nie zahaczyły o najbardziej hipsterską kawiarnię świata, Starbucks. Pierwszy raz spróbowałam Gingerbread latte i muszę przyznać, że jest przepyszna a w gronie wspaniałych znajomych smakuje jeszcze lepiej. Mniam! Przy okazji wymieniłyśmy się prezentami świątecznymi. Podarowałam Kasi książkę Zoelli "Girl Online",  która miała niedawno swoją premierę. Z kolei ja dostałam wiele przewspaniałych rzeczy o których opowiem w poście z Warszawskiego haulu. O 12:55 na peron 2 wjechał mój pociąg jadący do Lublina, czyli terenu z którego pochodzę. Szkoda, że nasze spotkanie trwało tak krótko. Mam nadzieję, że następnym razem będziemy miały dużo więcej czasu na babskie pogaduchy.


Tak oto prezentuje się piewsza świąteczna notka. Jak Wam się podoba? Swoją drogą, wydaje mi się, że zebrałam wystarczająco materiału na mini-vloga, ale nie mam zielonego pojęcia kiedy go opublikuje, bo niestety nie miałam możliwości wzięcia ze sobą swojego laptopa.

wtorek, 9 grudnia 2014

Co dostałam na Mikołajki?!

Dobry wieczór! Tak jak ostatnio obiecałam dodaję post o prezentach, które dostałam na Mikołajki. Miłej lektury!
No to może zacznę od najpiękniejszej rzeczy jaka tylko mogłaby mi się przytrafić. Piątego grudnia, czyli dzień przed Mikołajkami organizator koncertów Prestige MJM ogłosił, że mój ulubiony zespół Thirty Seconds To Mars znowu zagra koncert w Polsce. Nadal nie mogę w to uwierzyć, bo byłam święcie przekonana, że koncert który dali w Rybniku będzie ich ostatnim koncertem z tego albumu i że pewnie przez dłuższy czas ich już nie zobaczę. A tu bang, niespodzianka. Ósmego kwietnia 2015 roku wystąpią na Ergo Arenie Gdańsk w Sopocie i zgadnijcie kto tam będzie. JA!!!! To będzie mój czwarty koncert Marsów i jednocześnie drugi w Polsce. Radość która w tym momencie ze mnie tryska jest po prostu nie do opisania. Nie mogłam sobie wymarzyć piękniejszego prezentu Mikołajkowego. No dobrze, a teraz przejdźmy do bardziej materialnej części tego posta. W sobotę, 6 grudnia pierwszą rzeczą którą ujrzałam tuż po otworzeniu oczu był nieznany obiekt na mojej szafce nocnej. Okazało się, że jest to torebeczka z prezentami od św. Mikołaja! Gdy ją rozpakowałam ujrzałam 3 produkty znajdujące się na najwyższych pozycjach mojej listy must-have na najbliższe miesiące. Chyba rozumiecie co czułam gdy do mnie dotarło, że w jednej chwili dostałam trzy najbardziej chciane produkty. Pierwszym prezentem jest cudowny Beauty Blender w który od dawna chciałam zainwestować, ale za każdym razem coś mnie powstrzymywało. BB jest różową, innowacyjną gąbeczką w kształcie jajka do wykonywania nieskazitelnego makijażu. Dzięki niej makijaż wygląda naturalnie i utrzymuje się o wiele dłużej. Gąbka nie zawiera lateksu, jest hipoalergiczna, bezzapachowa i ponadto wielokrotnego użytku. Do tej pory używałam pędzli lub jednorazowych gąbek z drogerii, dlatego jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi. Co do trwałości Beauty Blendera, producent twierdzi, że może wytrwać nawet 6 miesięcy. Zobaczymy, czy rzeczywiście tak jest!



Drugim prezentem jest mgiełka Victoria's Secret! Aaa, jest cudowna! Kolejny anielski płyn do kolekcji. Jest to mgiełka Love Spell o zapachu sakury i brzoskwini. Z tego co wiem, to jeden z najpopularniejszych zapachów Victoria's Secret. Pojemność butelki to standardowo 200 ml. Tak jak już wcześniej wspominałam, przed pierwszym spotkaniem z mgiełkami VS nie przepadałam za słodkimi zapachami, jednak teraz moje zdanie kolosalnie się zmieniło. Pokochałam je do takiego stopnia, że najchętniej kupiłabym wszystkie! Szkoda, że w internecie nie ma przycisku "powąchaj"..



Trzecim i ostatnim prezentem jest podkład Bourjouis Healthy Mix, który był moim grudniowym must-have. Widziałam go na kanałach wielu vloggerek, bądź na blogach, poza tym ma bardzo dobre opinie na forach. Z tego co wyczytałam wynika, że gwarantuje bardzo dobre krycie. Bardzo mnie to cieszy, bo jego cena nie jest bardzo wysoka. Nigdy wcześniej nie stosowałam żadnych produktów kryjących tej marki. Jedyne co przewinęło się w moich rękach to cienie do oczu lub pomadki. Dostałam idealnie dobrany odcień, więc jestem bardzo ciekawa jak się sprawdzi.


Podsumowując: Tegoroczne Mikołajki oraz prezenty otrzymane od "Świętego Mikołaja", za które serdecznie dziękuję, są 100% strzałem w dziesiątkę. Nie mogę się doczekać testowania tych perełek. Oczywiście dam znać jak się sprawdziły. A co Wy znaleźliście pod swoimi poduszkami? Koniecznie dajcie znać w komentarzach!

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Update: Nowe posty, pomysły i święta w Polsce

Hej! Dochodzi północ a ja siedzę z laptopem na kolanach, piję herbatę i staram się nie zwracać uwagi na intensywny zapach domowej wcierki z kozieradki. Od jakiegoś czasu nie mam weny do blogowania. Mam wrażenie, że nie podoba Wam się to co tworze, że moja egzystencja w świecie blogerów nie ma sensu. Przez cały dzień myślałam nad tym miejscem. Przeanalizowałam wszystkie plusy i minusy dzielenia się z Wami kawałkiem mojego życia. Tak wiele razy obiecywałam, że będę publikować posty regularnie, że będę poświęcać Wam więcej czasu. Za każdym razem kończy się to w ten sam sposób- porażką. Chyba jedyne co mi w tym momencie pozostało, to postawienie wszystkiego na jedną kartę i całkowite rzucenie się w wir blogerstwa. Jak to mówi Jared Leto "Try and fail, but never fail to try." 
Jakiś czas temu wspominałam o ideach na nowe notki. One nadal są w mojej głowie, a niektóre  z nich przelałam już na tę internetową kartkę papieru. Wkrótce pojawi się coś, czego jeszcze nigdy tutaj nie było. Zamierzam stworzyć małą serię świąteczną. Jak na razie mogę zdradzić, że nie będą to tylko posty. Poza tym, Boże Narodzenie i Sylwestra spędzę w Polsce! Nie wyobrażacie sobie jak bardzo cieszę się z tego powodu. Nareszcie spotkam się z całą rodziną i spędzę ten czas w gronie najbliższych. Kolejną rzeczą jest fakt, że od 2,5 roku nie widziałam śniegu. Zimy w Holandii bardziej przypominają Polską jesień niż miesiąc Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego raczej nie zdziwi Was moja potrzeba prawdziwej, siarczystej zimy z metrowymi opadami śniegu. Teraz pozostało mi tylko trzymać kciuki, aby  do 13 grudnia, czyli dnia mojego przylotu, zima dała znaki życia. W tym tygodniu czeka mnie prawdziwa katorga. Musze napisać wszystkie sprawdziany, które oficjalnie miałabym dopiero za tydzień. A właśnie, w sobotę były Mikołajki! Czy nadal obchodzicie tę tradycje? Jeśli tak, to co dostaliście? Na dniach pojawi się post z moimi prezentami, so stay tuned! Macie już jakieś pomysły na świąteczne prezenty dla najbliższych? Jeśli tak, to jakie? Dzisiaj wybrałam się do centrum w poszukiwaniu czegoś co mogłoby przypaść do gustu mojej rodzinie. Niestety, misja zakończona niepowodzeniem. Chyba będę musiała zaopatrzyć się w prezenty gdy dolecę już do Polski. Swoją drogą, uwielbiam gdy miasto jest już w tym Bożonarodzeniowym klimacie. Szkoda tylko, że nie ma śniegu.. P.S Czy chcielibyście abym od połowy grudnia codziennie dodawała tzw. Vlogmas? Koniecznie napiszcie na dole!


niedziela, 7 grudnia 2014

November Beauty Favourites

Listopad, czyli typowo jesienny miesiąc już za nami, a to oznacza, że nadszedł czas na wskazanie paru produktów, które w ciągu ubiegłych 30 dni najczęściej trafiały w moje ręce.


Na pierwszym miejscu w moim listopadowym rankingu znalazł się lakier Essie. Poszukiwałam odcieniu, który idealnie zgra się z jesienną aurą i jednocześnie będzie klasyczny i elegancki. Dress to kill spełnił moje wszystkie wymagania. Czerwony klasyk, czyli lakier zdecydowanie na każdą porę dnia i nocy. Jedna warstwa daje całkowite krycie, jednak dla pewności wolę nałożyć dodatkową extra. W  moim przypadku przetrwał on całkowicie 3 dni. Potem pojawiły się "ślady użytkowania". Wydaje mi się, że tak szybkie zdarcie lakieru jest efektem braku utwardzacza. Mimo to uważam, że jego zakup był strzałem w dziesiątkę. 

Pachnieć jak aniołki, czyli mgiełka Victoria's Secret Mango Temptation. Dostałam ją od mojej mamy i przypuszczam, że pochodzi z butiku VS w Amsterdamie. Przezroczysta buteleczka o pojemności 250ml jest wykonana z mocnego plastiku. Na środku widnieje złote logo marki a pod nim nazwa mgiełki. Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo słodki. Producent opisuje go jako nektar z mango i ketmii. Utrzymuje się stosunkowo długo. Szczerze mówiąc, nadal jestem zaskoczona, że ten zapach naprawdę przypadł mi do gustu, bo zazwyczaj staram się unikać takich zapachów. No cóż, cieszę się, że w końcu coś w sobie przełamałam i tak bardzo polubiłam słodki, anielski zapach.


Następny produkt jest przeznaczony do pielęgnacji włosów. Od dłuższego czasu zmagam się z ich silnym wypadaniem i szczerze mówiąc nie wiem co jest tego przyczyną, bo mój stan zdrowotny jest na dobrym poziomie. W każdym razie, jakiś czas temu postanowiłam wybrać się do apteki i znaleźć coś, co pomoże mi zredukować utratę włosów. Wybrałam szampon Vichy, a dokładniej Dercos Technique. Buteleczka zawiera 200ml szamponu o dziwnym zapachu trochę przypominającym zioła, ale nie do końca. Na pierwszym miejscu składu znajduje się AQUA, a na drugim SLS czyli Sodium Laureth Sulfate. Mam bardzo wrażliwą skórę głowy, więc staram się unikać wszelkich silikonów, ale szampon nadal musi być szamponem i myć, więc no.. Jeśli chodzi o działanie to z ręką na sercu przyznaje, że naprawdę pomaga. Nie obciąża i nie wysusza skóry. Stosuję go od miesiąca i już widzę małe rezultaty. Na szczotce zostaje zdecydowanie mniej włosów. Poza tym stały się one mocniejsze i jak na razie nie pojawiły się jeszcze żadne rozdwojone końcówki. Oby tak dalej!

Teraz parę słów o głównej atrakcji notki, La Roche Posay. Od około miesiąca stosuje trzy produkty tej marki. Pierwszym z nich jest Effeclar Lotion Astrigente Micro-Exfoliante, czyli tonik zwężający pory i przeciwdziałający ich zatykaniu. Po miesiącu stosowania zauważyłam ogromną poprawę. Bardzo dobrze oczyszcza, łagodzi wszelkie podrażnienia. Poza tym nie wysusza i nie naciąga skóry co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo w zapachu wyraźnie czuć alkohol. Najmniej przyjemniejszą rzeczą jest delikatne szczypanie w podrażnionych miejscach. Poza tym nie widzę żadnych innych minusów. Cena jest również całkiem przyzwoita jak na takie cudo. Drugim produkt to Effaclar A.I. Przyśpiesza on gojenie się wszelkich krostek, wyprysków i działa bakteriobójczo. Stosuje go punktowo, głównie na czole. Doskonale nadaje się pod podkład, nie powstają żadne "wałeczki".  Ma bardzo delikatny, przyjemny zapach. Po pierwszym tygodniu stosowania zauważyłam kolosalną różnicę. Śmiało mogę powiedzieć, że nareszcie znalazłam preparat na wypryski, który naprawdę działa! Ostatnią perełką jest fenomenalny Cicaplast. Krem przyśpiesza regenerację naskórka. Idealnie nadaje się do mojej wysuszonej skóry z tendencją do częstego pojawiania się krostek. Te trzy produkty na stałe zadomowiły się w mojej codziennej, porannej i wieczornej rutynie. Co do kremów, to stosuje je na zmianę- rano Effaclar A.I a wieczorem Cicaplast. 


Znacie moich ulubieńców? Jeśli tak, to co o nich sądzicie? Jakie produkty zostały Waszymi ulubieńcami listopada? Dajcie znać! :)

wtorek, 25 listopada 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii #2

Witam Was serdecznie. Jakiś czas temu napisałam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Ze względu na to, że post Wam się spodobał, postanowiłam zrobić serie i w każdej części opowiadać o pięciu kolejnych rzeczach. Tym razem skupiłam się na wariantach związanych z domem i jego wnętrzem. Podkreślam, że poniżej opisane rzeczy pochodzą z moich obserwacji i mogą się różnić od domów w innych prowincjach! :)

1. Rijtjeshuis
Typowe miejskie domy Holenderskie to rijtjeshuis, czyli szeregowce. Praktycznie na każdej ulicy takie znajdziemy. Czy jest to centrum Amsterdamu, czy wieś w szczerym polu- są naprawdę wszędzie. Na nowych osiedlach budowane są one w nowoczesnym stylu, jednak architekci nadal podtrzymują tradycje budowania domów z czerwonej lub brązowej kostki. Nie są one otynkowane. Ponadto w każdym z nich znajdziemy identyczne ustawienie pomieszczeń. Czasem żartujemy sobie z mamą, że jakby ktoś się mocno upił to nie trafiłby do siebie do domu, bo wszystkie wyglądają tak samo. ;-)

2. Drzwi z oknami 
Zacznę od najdziwniejszej i jednocześnie najczęściej spotykanej rzeczy w Holanderskich domach- drzwi. Wszystko byłoby w normie gdyby nie fakt, że te drzwi mierzą ok. 3-3,5m. No dobrze, samą wysokość jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ponieważ mamy tu bardzo wysokie sufity. Poza tym, Holendrzy nie należą do najniższych osób, ale dlaczego ściana nad drzwiami nie jest zamurowana?! W Polsce ta powierzchnia zostaje zabudowana, a tutaj wstawiają w to miejsce.. okna! Okno nad drzwiami, dacie wiarę? Moim zdaniem jest to najgłupszą rzeczą w tutejszym budownictwie. Wyobraźcie sobie, wracacie w nocy do domu i nie chcecie nikogo zbudzić, ale musicie zapalić światło, bo inaczej zabijecie się na stromych schodach. Promienie żarówki przedzierają się przez okienko do wszystkich pomieszczeń na piętrze przez co budzą domowników. Więc jeśli mieszkacie w Holandii i jesteście właścicielami normalnych drzwi powinniście się z nich bardzo cieszyć!


3. Okna
Kolejną sprawą są okna. W tutejszych domach, a przynajmniej w większości wbudowane są takie same okna jak te w moim. W pomieszczeniach typu kuchnia znajdują się okna na całą ścianę. Jednak są one podzielone na dwie części. Pierwsza, zazwyczaj ta większa, jest wbudowana na stałe. Nie da się jej otworzyć. Z kolei drugą część można otwierać, ale jej 'ruchy koordynacyjne' są ograniczone do otwierania i zamykania. Okna otwierają się na zewnątrz. Szerokość otwarcia reguluje się dzięki metalowej rączce z okrągłymi otworami. Nie ma możliwości uchylenia okna do góry. Ponadto, na każdym oknie znajdują się dwie klamki zamykane na klucz. Jedynym plusem do tego niepraktycznego wynalazku są wietrzniki zamieszczone nad szybą. Dzięki nim życie staje się odrobinę łatwiejsze.



4. Strome schody
Czym byłby Holenderski dom bez stromych schodów? Prawie każdy dom w Niderlandach ma minimalnie jedno piętro. Aby się na nie dostać trzeba wejść po schodach.. ale nie takich zwykłych schodach. Tutejsze schody można porównać do tych w Angielskich domach. Są wysokie, strome i małe. Niektóre z moich koleżanek nie mają na przykład poręczy. Wtedy to już naprawdę katastrofa. Na szczęście architekci moich czterech kątów kierowali się w stronę nowoczesnej wersji typowo Holenderskiego domu, dzięki czemu mam normalne schody z których da się normalnie korzystać.


5. Ogródki
Mimo, że Holandia jest dość małym krajem, do prawie każdego domu jest dołączony ogródek z dużym domkiem narzędziowym. Obszar przeciętnego ogródka to 40m2. Bez problemu zmieścimy w nim meble ogrodowe, trampolinę i huśtawkę (przynajmniej mi się udało). Moim zdaniem takie zagospodarowanie posiadłości za domem jest idealne dla mieszkańców miast, którzy chcieliby zaprosić znajomych i zorganizować grilla lub choć na chwilę przenieść w cichy zakątek na świeżym powietrzu.

A czy Wy mieliście kiedykolwiek okazję być w Holenderskim domu? Jeśli tak, to jakie rzeczy przykuły Waszą uwagę?

niedziela, 23 listopada 2014

Sweather weather TAG

Cześć kochani. Jak się macie? U mnie wszystko dobrze, tylko na nic nie mam czasu. Z dnia na dzień przybywa coraz więcej nauki i można normalnie wykitować. Czasami mam chwilę w których mam ochotę rzucić te wszystkie książki i po prostu pójść spać. Tak, szare chmury i namiętnie padający deszcz, czyli jak zdemotywować człowieka do robienia czegokolwiek co nie jest związane z testowaniem swojego łóżka. Niedawno natknęłam się na Youtube na fajny tag, który idealnie pasuje do aktualnej pory roku. Sweather Weather TAG składa się z 15 pytań na temat jesieni, na które postaram się odpowiedzieć. 


1. Ulubiony zapach świeczki?
W grudniu ubiegłego roku moja kochana koleżanka zaraziła mnie miłością do zapachów świeczek kultowej marki Yankee Candle. Od tamtej pory przewinęło mi się w rękach wiele wosków, jednak jeszcze nie zainwestowałam w dużą świecę. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie wiem który zapach powinnam wybrać. 

2. Kawa, herbata czy czekolada?
Należę do tej części populacji, która pije kawę w ostatecznej ostateczności. Z kolei gdyby zadano mi to pytanie 2-3 lata temu bez chwili zastanowienia wybrałabym czekoladę. Od tamtej pory minęło już trochę czasu i teraz staram się wybierać najzdrowsze produkty. Moimi ulubieńcami są dwie herbatki: zielona i English Breakfast.

3. Twoje najlepsze jesienne wspomnienie? Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy jest jesienny obraz sprzed 7-8 lat. Ja, wtedy jeszcze jako mała dziewczynka bawiąca się ze swoją przyjaciółką pod wysokim dębęm w stosie złotych liści. Pamiętam jak razem z moim dziadkiem robiłam ludziki z kasztanów i zapałek. Ach, jak miło wrócić do czasów w których największym zmartwieniem były deszczowe dni który nie pozwalał na zabawę na zewnątrz.




4. Ulubiona potrawa na Święto Dziękczynienia?
Nie obchodzę tego święta, dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. 

5. Jak wygląda jesienna pogoda w mieście, w którym mieszkasz?
Zazwyczaj deszczowo, szaro, ponuro. Często pojawiają się sztormy z bardzo intensywnym wiatrem. 

6. Oglądanie meczu, czy skakanie w stosie liści?
Nie ciągnie mnie do oglądania zmagań sportowych, więc zdecydowanie wybieram to drugie.

7. Spodnie, rurki czy legginsy?
To zależy od okoliczności, aczkolwiek w domu najchętniej zakładam wygodne legginsy.

8. Twój ulubiony sweter to..

Szary sweter z suwakiem na plecach z Vero Moda.

9. Jaki jest Twój lakierowy must-have tej jesieni?
W tym roku zdecydowanie stawiam na wszystkie odcienie brązów, bordo i inne ciemne kolory, na przykład Bahama Mama firmy Essie. 




10. Jaki trend w makijażu wolisz: ciemne usta czy skrzydlate/wywinięte kreski eyelinerem?
Zdecydowanie wolę wywinięte kreski eyelinerem. Ciemne odcienie szminek jakoś do mnie nie pasują.

11. "Wojskowe buty" czy UGG?
To zależy od okoliczności. Jeśli mam do czynienia z deszczową pogodą wybiorę wojskowe buty. Jeśli chodzi o suche, ale chłodne dni, wybiorę moje Uggi.

13. Czy smak dyni jest przereklamowany?
Myślę, że tak. Dynia jest bardzo smaczna i przede wszystkim zdrowa, ale nie widzę w niej niczego nadzwyczajnego. 

14. Ulubiony jesienny serial?
Jak już kiedyś wspominałam, uwielbiam Pretty Little Liars. Moim drugim faworytem jest American Horror Story. 

15. Piosenka, która przenosi Cię w jesienny nastrój?
Nie wiem czy taką mam. Mogę wymieniać dziesiątki piosenek, które przenoszą mnie w zimowy nastrój, ale nie jesienny. 


A czy Wy lubicie jesień? Jeśli tak, to za co ją sobie cenicie?

wtorek, 11 listopada 2014

Sint Maartensfeest, czyli Holenderski Halloween

Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie o moim istnieniu, bo dawno mnie tu nie było. Poprzednim razem obiecałam systematyczność- znowu nic z tego nie wyszło. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele obowiązków wiąże się ze szkołą. Przed chwilą zakończył się tydzień testów i myślałam, że w końcu będę miała chwilę na złapanie oddechu. Niestety się myliłam i dlatego dopiero teraz publikuje ten post. Niedawno Amerykanie (zresztą nie tylko oni) obchodzili dla nich jedno z najpopularniejszych świąt zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, mianowicie Halloween. W Holandii ten zwyczaj nie jest aż tak popularny, jednak 11 listopada obchodzimy Sint Maartensfeest, czyli Dzień Świętego Marcina. Przed przeprowadzką do Niderlandów nigdy nie obchodziłam tego święta, więc nie mam pojęcia jak wygląda jego Polska wersja. Tutejszy Dzień Świętego Marcina można porównać do ubogiej wersji Halloween. Może zacznę od przygotowań. Mniej więcej w połowie października sklepy zostają zasypane kostiumami, lampionami, dekoracjami i innymi bzdetami związanymi z Amerykańską tradycją. W sumie to nie wiem w jakim celu sprzedawane są te akcesoria, bo w Holandii rzadko kto dekoruje domy na tę okazje, a jeśli już dekoruje to ogranicza się do lampionu, ewentualnie dyni wystawionej przed drzwi. Podstawowym Halloweenowym zwyczajem w USA lub UK jest trick or treating, czyli cukierek albo psikus. Tutaj wygląda to trochę inaczej. Wieczorem dzieciaki chodzą od domu do domu z lampionem i koszyczkiem na słodycze, ale muszą się trochę wysilić aby cokolwiek dostać. Gdy mieszkaniec danego domu otworzy drzwi, dzieci zaczynają śpiewać krótkie piosenki o Sint Maartenfeest (najczęściej ). Po wysłuchaniu gospodarz częstuje śmiałków słodkościami. No właśnie, bo poza dekoracjami do sklepów trafiają przeróżne pakiety ze słodyczami przeznaczonymi dla małych wędrowców, którzy chodzą od domu do domu z nadzieją, że tym razem dostaną coś, czego dotychczas nie mieli. Ze swojego doświadczenia sprzed paru lat wiem, że najczęściej dostaje się żelki lub typowo Holenderskie, anyżowe cukierki tzw. drop. Dzień Świętego Marcina obchodzą zazwyczaj dzieci do 12-13 lat, czyli do czasu pójścia do szkoły średniej. Starsze osoby uważają to za zbyt dziecinne, i nie biorą w tym już udziału. Tak było też ze mną. Teraz to ja jestem osobą, która 11 listopada ogląda dziesiątki występów dzieciaków i rozdaje masę słodyczy. A czy Wy obchodzicie dzień Świętego Marcina? Jeśli tak, to jak on u Was wygląda? Chcielibyście aby Halloween stał się nową, Polską tradycją?









niedziela, 26 października 2014

Food diary, czyli co jem w ciagu dnia

Po monotonnym tygodniu w szkole nareszcie doczekałam się weekendu. Pamiętacie jak w poprzednim poście wspominałam, że nadchodzi prawdziwa, deszczowa jesień? Otóż moje prognozy się sprawdziły. Od tygodnia non stop pada deszcz. Na szczęście temperatura nadal utrzymuje się przy 15 stopniach Celsjusza. Takie dni najchętniej spędziłabym pod kocem z filiżanką gorącej herbaty i jakąś smaczną potrawą na talerzu. No właśnie, tylko jaką? W dzisiejszym poście zaprezentuje Wam food diary, czyli mój pierwszy "jedzeniowy pamiętnik." Zapraszam do czytania!

Śniadanie:

Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem całego dnia. Daje nam energię na cały poranek, dlatego nie powinniśmy o nim zapominać. Aby przetrwać cały dzień w szkole muszę zjeść pełnowartościowe śniadanie, a zwłaszcza w poniedziałki gdy mój organizm przypomina mysz rozpłaszczoną przez stado słoni. Pełnowartościowe śniadanie powinno zawierać nierafinowane węglowodany, białka i tłuszcze. O poranku jadam zazwyczaj płatki owsiane z jogurtem naturalnym/greckim lub po prostu gotowane na wodzie albo mleku (np. sojowym). Jeśli mam więcej czasu przyrządzam jajka w różnych postaciach. Jednak dzisiaj zdecydowałam się na płatki owsiane gotowane na wodzie z otrębami żytnimi, jagodami goji, nasionami chia, siemieniem lnianym, pestkami słonecznika, startą gruszką i cynamonem. Do tego wypiłam filiżankę mojej ulubionej herbaty English Breakfast.


Drugie śniadanie:

W weekendy między godz. 10 a 12 biegam. Gdy pogoda nie dopisuje zostaję w domu i ćwiczę dane partie ciała np. z Ewą Chodakowską, XHIT lub Mel B. Po wysiłku fizycznym trzeba zadbać o dostarczenie niezbędnych witamin do organizmu. Dlatego przygotowałam mój ulubiony koktajl, bananowe smoothie z otrębami żytnimi i mlekiem sojowym. Pyszny, orzeźwiający koktajl bogaty w witaminy i minerały od razu daje nam energetycznego kopa na resztę dnia. Yum!


Obiad:

Po drugim śniadaniu od razu wzięłam się za odrabianie pracy domowej i za naukę na następne lekcje. Wolałam zrobić wszystko za jednym razem i mieć wolną niedziele. Przytaczając do następnego dania, tym razem to moja mama przygotowała obiad, który rozpływał się w ustach. Pieczony kurczak w majeranku z czerwoną cebulą oraz gotowane ziemniaki, a do tego sałatka ze zwykłej sałaty, szpinaku, pomidorów, ogórka i zielonych oliwek. Dawno nie jadłam tak dobrze przygotowanego produktu zwierzęcego. Szczerze mówiąc, bardzo rzadko jadam mięso. Nie jestem wegetarianką lub weganką, ono mi po prostu nie smakuje. 


Kolacja:

Ze względu na to, że wstałam dość późno, pory posiłków troszeczkę się zmieniły. Dlatego zrezygnowałam z podwieczorku i od razu wzięłam się za konkrety, czyli za kolację. Zrobiłam dwie kanapki z chleba razowego z pastą z jajka, tuńczyka i awokado. Na wierzch położyłam plasterki pomidora. Szczerze, nie miałam zielonego pojęcia jak będą one smakować, bo wymyśliłam ten przepis ok. 10 minut przed przystąpieniem do kulinarnych eksperymentów. Na szczęście efekt końcowy nie był taki zły.


Na koniec pragnę podkreślić, że nie zjadłam niczego poza wymienionymi produktami (+ ok. 1,5l płynów).
Czy Wy też trzymacie się zasady jedzenia co 2,5-3h? Ile posiłków trafia do waszego żołądka? Lubicie posty tego typu, jeśli tak, to co sądzicie o tym? 
P.S Od przyszłego tygodnia posty będą pojawiać się REGULARNIE, więc koniecznie tu zajrzyjcie! :) Życzę miłego wieczoru, pa! xo

niedziela, 19 października 2014

All good things come to an end

Dawno tu nie zaglądałam, pewnie domyślacie się z jakiego powodu- brak czasu. Mam za sobą pracowity tydzień. Starałam się poświęcić jak najwięcej uwagi na naukę i muszę przyznać, że poszło mi całkiem dobrze. Najbardziej cieszy mnie fakt, że pogoda zaserwowała słońce i w miarę wysoką temperaturę.  Dlatego każdą wolną chwilę spędziłam z moją przyjaciółką na świeżym powietrzu. Jogging jest moją ulubioną formą relaksu, moment w którym zapominam o całym świecie, nauce i resetuje swój umysł. Jednak niedługo będę musiała odpuścić sobie treningi na zewnątrz ponieważ prawdziwa, deszczowa jesień zbliża się wielkimi krokami a ja nie przepadam za siłowaniem się z wiatrem wiejącym z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę. Z dnia na dzień drzewa gubią coraz więcej liści, a słońce znika za szarymi chmurami. Dzisiaj wybrałam się do Amsterdamie na niedzielne spotkanie z Panem Bogiem. Msza rozpoczęła się o 12, więc wstałam w miarę wypoczęta. Szkoda, że te siedem wolnych dni mam już za sobą. Na samą myśl o jutrzejszej pobudce o siódmej rano robi mi się niedobrze, grr.. Na razie zostawiam Was ze zdjęciami, które udało mi się dzisiaj zrobić, a sama uciekam do łóżka. Miłego wieczoru, dobranoc!