piątek, 16 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Witajcie. Tydzień temu wróciłam z dalekiej, dawno zapomnianej Lubelszczyzny i aktualnie leżę w moim osobistym łóżku. Święta spędzone we wspaniałym, rodzinnym gronie mam już za sobą, Sylwestrową zabawę również. Leżę i staram się przypomnieć sobie każde wydarzenie z tego roku. 2014 należy do jednych z najlepszych lat, zdecydowanie najlepszych. Był to rok spełnionych postanowień noworocznych i jednocześnie rok spełnionych marzeń. Oczywiście nie udało mi zrealizować się moich wszystkich planów, ale większą większość, co bardzo mnie cieszy. Rozpoczęłam ten rok tak jak każdy inny, z wielką nadzieją, że będzie inny od poprzednich, wyjątkowy. Postawiłam sobie dwa największe wyzwania. Pierwszym z nich była utrata zbędnych centymetrów. Od dawna walczę o wymarzoną, umięśnioną sylwetkę. Gdy 31 grudnia ubiegłego roku postawiłam sobie to wyzwanie nie myślałam, że uda mi się cokolwiek zmienić, jednak byłam pełna determinacji i zaczęłam działać. Styczeń, luty, marzec i początek kwietnia były miesiącami sukcesu. Wprowadziłam do swojego życia wielkie zmiany. Przeszłam na zdrową dietę. I nie mówię tutaj o odżywianiu się pod okiem dietetyka, ale o wyeliminowaniu niezdrowych produktów. Moją największą pokusą i jednocześnie wrogiem są słodycze i fastfoody. W niektórych momentach to jedzenie mogłoby dla mnie nie istnieć, ale bywało też tak, że brałam jedno amerykańskie ciasteczko i kończyło się to na zjedzeniu całej paczki. We wrześniu wróciłam do gry. Zaczęłam systematycznie jeść, biegać, ćwiczyć. Walczyłam przez cały czas. Czasem więcej, czasem mniej. Gdybym w kwietniu się nie rozchorowała i nie przerwała systematycznych ćwiczeń na pewno byłabym teraz w lepszej formie, jednak nie narzekam, bo udało mi się naprawdę wiele zmienić, co mnie niezmiernie cieszy. Moją największą motywacją był koncert Thirty Seconds To Mars na który miałam kupiony bilet meet & greet. Musiałam dobrze wyglądać na zdjęciu z idolami. Z tym wiąże się moje drugie postanowienie na 2014 rok. Od końca 2013 roku zbierałam pieniądze na wymarzone spotkanie z zespołem mojego życia. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Często traciłam wiarę w siebie, ale ostatecznie się udało. 20 czerwca wyleciałam do Krakowa, gdzie po roku spotkałam się z moją twitterową przyjaciółką Jagodą.
Tak oto rozpoczęły się dwa najlepsze tygodnie mojego życia. 22 czerwca przybyłyśmy do Rybnika, gdzie spotkałam się z większością znajomych, głownie należących do Echelonu, oczywiście poznanych przez internet. Nie wiem czy kiedyś mieliście okazje tego doświadczyć, ale to najwspanialsze i jednocześnie najdziwniejsze uczucie na świecie. Wiecie, znacie się z kimś pare lat i nagle po tym czasie ta osoba staje przed Tobą. Możesz ją dotknąć, przytulić, porozmawiać z nią, tak najrealniej w świecie. Jednak najcudowniejszą rzeczą jest spotkanie swoich idoli. To uczucie jest nie do opisania. Jeśli również jesteś Echelonem to chyba wiesz o czym mówię. Serce przelewa się z radości i miłości, a do oczu napływają łzy. Łzy szczęścia.
Przed zakupem M&G miałam chwile słabości, chciałam zrezygnować, bo zaczęło do mnie docierać, że $350 czy tam 1100zł nie chodzi piechotą, ale ostatecznie kliknęłam BUY i stało się.
Z ręką na sercu przysięgam, że nie żałuje ani jednego centa wydanego na ten bilet. Żadne pieniądze
nie oddadzą tak niepowtarzalnego doświadczenia. Więc jeśli kiedykolwiek będziecie mieli szanse spotkać się ze swoimi idolami, nie zastanawiajcie się, tylko kupujcie bilety, bo pieniądze zawsze się znajdą, a okazja na spełnienie swoich marzeń nie. W cenę pakietu "Kings + Queens" było wliczone Early Entrace, czyli tak zwane szybkie wejście na stadion.
Dzięki niemu udało mi się zdobyć idealne miejsce przy samych barierkach przed wybiegiem. Miałam wspaniały widok na Jareda, wokalistę Marsów i jednocześnie zdobywce Oscara za rolę Rayon w "Dallas Buyers Club". Kolejną zaletą barierek było prawie zagwarantowane wejście na scenę na ostatniej piosence "Up In The Air". 22 czerwca spełniłam swoje 3 największe marzenia. Udało się.
Tej samej nocy wróciłyśmy do domu Jagody aby następnego dnia wylecieć do mnie, do Amsterdamu. Tu też nie mogło obyć się bez atrakcji. Na lotnisku w Krakowie miałyśmy przyjemność popilnować walizki Pana posła Jerzego Fedorowicza, znanego również z roli ojca Beatki z "Przepisu Na Życie". Miło gawędziłyśmy sobie najpierw z nim i jak się potem okazało, z większą częścią Polskiego sejmu. Z kolei na Okęciu w Warszawie spotkałyśmy reprezentacje Polski bodajże w piłkę ręczną. My to mamy szczęście, co?
Następne dni spędziłyśmy na zwiedzaniu Amsterdamu i na spełnianiu kolejnych marzeń, tym razem nie moich a Jagodzi. 25 czerwca poszłyśmy na koncert aktualnie dwóch najpopularniejszych boysbandów świata, 5 Seconds Of Summer oraz One Direction. Nie słucham ich na codzień,  ale muszę przyznać, że ich występy na żywo zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Resztę dni czerwca poświęciłyśmy na podróżowaniu po Holandii, między innymi do parku rozrywki Walibii Holland. Na początku lipca odebrałam raport (świadectwo) ze szkoły i tego samego dnia czekałam na Centralnym w Amsterdamie na Jana Kiepurę. Kierunek: Warszawa Centralna. Letni wiatr, późny zachód słońca i cała noc spędzona w pociągu jadącym po Niemieckich torach. Czas oficjalnie rozpocząć wakacje!
O 12:00 następnego dnia wysiadłam na drugim peronie Warszawskiego dworca centralnego gdzie czekała na mnie Kasia- kolejna wspaniała osoba poznana przez internet. To było nasze pierwsze realne spotkanie i jednocześnie moja pierwsza wizyta w stolicy po paru ładnych latach. Spędziłyśmy razem godzinę po czym ruszyłam dalej, na Lubelszczyznę. Jedyne o czym możecie marzyć po 17-to godzinnej podróży pociągiem to kąpiel i długi sen. Jednak ja miałam przed sobą kolejne 2,5 godziny w pociągu, piekielnie dusznym pociągu i zasypiającym facetem, który gwałtownie przechylał się na moje ramie, oczywiście robiąc to nieświadomie. Mimo, że ta podróż wydawała się być niekończącą się opowieścią po tych paru godzinach dotarłam na swoją ojczystą ziemię. Tak mniej więcej wygląda moje życie, wiecznie w trasie i na walizkach. Całe wakacje spędziłam w Polsce. Któregoś dnia wraz z moją przyjaciółką Zuzą znowu wybrałyśmy się do Warszawy. Zachciało im się zwiedzać, turystki pieprzone.
Najbardziej co mi z tego wyjazdu utkwiło w głowie, to dwie godziny spędzone w Złotych Tarasach na mierzeniu zwykłych czarnych Conversów w Footlockerze i ten przystojny wysoki brunet, który akurat miał swój pierwszy dzień pracy i przez ten cały pomagał mi dobrać odpowiedni rozmiar butów. Kapitalnie. W połowie sierpnia rozpoczął się mój rok szkolny. "Panie i panowie, wracamy do piekła" pomyślałam, przekraczając próg szkolnych drzwi. Pierwsze dziesiątki z Francuskiego i Niemieckiego, pierwsza jedynka z fizyki. Tak oto wróciłam do mojego monotonnego życia. Pod koniec września Chodakowska znowu stała się moim codziennym gościem, a buty do biegania znalazły stałe miejsce w mojej szafie. Wiecie, czasami trzeba się jakoś oderwać od codzienności, zresetować umysł. Wtedy lubię włożyć słuchawki w uszy i pokonać 4 czy tam 5 kilometrów. Po takim dystansie człowiek znowu zaczyna słyszeć swoje myśli i można wziąć się za naukę. Tak oto minęło 5 miesięcy. W miedzy czasie dowiedziałam się, że w 2015 czekają na mnie kolejne wyjazdy na koncerty z Jagodą, np. Włochy, a dokładniej Turyn i koncert 5 Seconds Of Summer, albo One Direction w Brukseli. Nie może mnie zabraknąć na kolejnym, tym razem Gdańskim wydarzeniu roku, czyli prawdopodobnie ostatni koncert Marsów przed dłuższą przerwą. Poza koncertami na pewno natknę się na inne, wypoczynkowe wyjazdy, ale tego dowiem się z czasem. A teraz mamy już styczeń, przed chwilą wróciłam z Polski. Parę tygodni temu znowu widziałam się z Kasią. Teraz dochodzi w pół do trzeciej nad ranem a ja zamiast spać leżę zwinięta w kulkę i pisze tego posta. No właśnie, zapomniałam wspomnieć o najważniejszym. W maju założyłam bloga. Znowu natknęła mnie wena artystyczna na pisanie kolejnej internetowej kroniki. Mam jedynie nadzieję, że ta pożyje dłużej od poprzednich.