Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą holland. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Witajcie. Tydzień temu wróciłam z dalekiej, dawno zapomnianej Lubelszczyzny i aktualnie leżę w moim osobistym łóżku. Święta spędzone we wspaniałym, rodzinnym gronie mam już za sobą, Sylwestrową zabawę również. Leżę i staram się przypomnieć sobie każde wydarzenie z tego roku. 2014 należy do jednych z najlepszych lat, zdecydowanie najlepszych. Był to rok spełnionych postanowień noworocznych i jednocześnie rok spełnionych marzeń. Oczywiście nie udało mi zrealizować się moich wszystkich planów, ale większą większość, co bardzo mnie cieszy. Rozpoczęłam ten rok tak jak każdy inny, z wielką nadzieją, że będzie inny od poprzednich, wyjątkowy. Postawiłam sobie dwa największe wyzwania. Pierwszym z nich była utrata zbędnych centymetrów. Od dawna walczę o wymarzoną, umięśnioną sylwetkę. Gdy 31 grudnia ubiegłego roku postawiłam sobie to wyzwanie nie myślałam, że uda mi się cokolwiek zmienić, jednak byłam pełna determinacji i zaczęłam działać. Styczeń, luty, marzec i początek kwietnia były miesiącami sukcesu. Wprowadziłam do swojego życia wielkie zmiany. Przeszłam na zdrową dietę. I nie mówię tutaj o odżywianiu się pod okiem dietetyka, ale o wyeliminowaniu niezdrowych produktów. Moją największą pokusą i jednocześnie wrogiem są słodycze i fastfoody. W niektórych momentach to jedzenie mogłoby dla mnie nie istnieć, ale bywało też tak, że brałam jedno amerykańskie ciasteczko i kończyło się to na zjedzeniu całej paczki. We wrześniu wróciłam do gry. Zaczęłam systematycznie jeść, biegać, ćwiczyć. Walczyłam przez cały czas. Czasem więcej, czasem mniej. Gdybym w kwietniu się nie rozchorowała i nie przerwała systematycznych ćwiczeń na pewno byłabym teraz w lepszej formie, jednak nie narzekam, bo udało mi się naprawdę wiele zmienić, co mnie niezmiernie cieszy. Moją największą motywacją był koncert Thirty Seconds To Mars na który miałam kupiony bilet meet & greet. Musiałam dobrze wyglądać na zdjęciu z idolami. Z tym wiąże się moje drugie postanowienie na 2014 rok. Od końca 2013 roku zbierałam pieniądze na wymarzone spotkanie z zespołem mojego życia. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Często traciłam wiarę w siebie, ale ostatecznie się udało. 20 czerwca wyleciałam do Krakowa, gdzie po roku spotkałam się z moją twitterową przyjaciółką Jagodą.
Tak oto rozpoczęły się dwa najlepsze tygodnie mojego życia. 22 czerwca przybyłyśmy do Rybnika, gdzie spotkałam się z większością znajomych, głownie należących do Echelonu, oczywiście poznanych przez internet. Nie wiem czy kiedyś mieliście okazje tego doświadczyć, ale to najwspanialsze i jednocześnie najdziwniejsze uczucie na świecie. Wiecie, znacie się z kimś pare lat i nagle po tym czasie ta osoba staje przed Tobą. Możesz ją dotknąć, przytulić, porozmawiać z nią, tak najrealniej w świecie. Jednak najcudowniejszą rzeczą jest spotkanie swoich idoli. To uczucie jest nie do opisania. Jeśli również jesteś Echelonem to chyba wiesz o czym mówię. Serce przelewa się z radości i miłości, a do oczu napływają łzy. Łzy szczęścia.
Przed zakupem M&G miałam chwile słabości, chciałam zrezygnować, bo zaczęło do mnie docierać, że $350 czy tam 1100zł nie chodzi piechotą, ale ostatecznie kliknęłam BUY i stało się.
Z ręką na sercu przysięgam, że nie żałuje ani jednego centa wydanego na ten bilet. Żadne pieniądze
nie oddadzą tak niepowtarzalnego doświadczenia. Więc jeśli kiedykolwiek będziecie mieli szanse spotkać się ze swoimi idolami, nie zastanawiajcie się, tylko kupujcie bilety, bo pieniądze zawsze się znajdą, a okazja na spełnienie swoich marzeń nie. W cenę pakietu "Kings + Queens" było wliczone Early Entrace, czyli tak zwane szybkie wejście na stadion.
Dzięki niemu udało mi się zdobyć idealne miejsce przy samych barierkach przed wybiegiem. Miałam wspaniały widok na Jareda, wokalistę Marsów i jednocześnie zdobywce Oscara za rolę Rayon w "Dallas Buyers Club". Kolejną zaletą barierek było prawie zagwarantowane wejście na scenę na ostatniej piosence "Up In The Air". 22 czerwca spełniłam swoje 3 największe marzenia. Udało się.
Tej samej nocy wróciłyśmy do domu Jagody aby następnego dnia wylecieć do mnie, do Amsterdamu. Tu też nie mogło obyć się bez atrakcji. Na lotnisku w Krakowie miałyśmy przyjemność popilnować walizki Pana posła Jerzego Fedorowicza, znanego również z roli ojca Beatki z "Przepisu Na Życie". Miło gawędziłyśmy sobie najpierw z nim i jak się potem okazało, z większą częścią Polskiego sejmu. Z kolei na Okęciu w Warszawie spotkałyśmy reprezentacje Polski bodajże w piłkę ręczną. My to mamy szczęście, co?
Następne dni spędziłyśmy na zwiedzaniu Amsterdamu i na spełnianiu kolejnych marzeń, tym razem nie moich a Jagodzi. 25 czerwca poszłyśmy na koncert aktualnie dwóch najpopularniejszych boysbandów świata, 5 Seconds Of Summer oraz One Direction. Nie słucham ich na codzień,  ale muszę przyznać, że ich występy na żywo zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Resztę dni czerwca poświęciłyśmy na podróżowaniu po Holandii, między innymi do parku rozrywki Walibii Holland. Na początku lipca odebrałam raport (świadectwo) ze szkoły i tego samego dnia czekałam na Centralnym w Amsterdamie na Jana Kiepurę. Kierunek: Warszawa Centralna. Letni wiatr, późny zachód słońca i cała noc spędzona w pociągu jadącym po Niemieckich torach. Czas oficjalnie rozpocząć wakacje!
O 12:00 następnego dnia wysiadłam na drugim peronie Warszawskiego dworca centralnego gdzie czekała na mnie Kasia- kolejna wspaniała osoba poznana przez internet. To było nasze pierwsze realne spotkanie i jednocześnie moja pierwsza wizyta w stolicy po paru ładnych latach. Spędziłyśmy razem godzinę po czym ruszyłam dalej, na Lubelszczyznę. Jedyne o czym możecie marzyć po 17-to godzinnej podróży pociągiem to kąpiel i długi sen. Jednak ja miałam przed sobą kolejne 2,5 godziny w pociągu, piekielnie dusznym pociągu i zasypiającym facetem, który gwałtownie przechylał się na moje ramie, oczywiście robiąc to nieświadomie. Mimo, że ta podróż wydawała się być niekończącą się opowieścią po tych paru godzinach dotarłam na swoją ojczystą ziemię. Tak mniej więcej wygląda moje życie, wiecznie w trasie i na walizkach. Całe wakacje spędziłam w Polsce. Któregoś dnia wraz z moją przyjaciółką Zuzą znowu wybrałyśmy się do Warszawy. Zachciało im się zwiedzać, turystki pieprzone.
Najbardziej co mi z tego wyjazdu utkwiło w głowie, to dwie godziny spędzone w Złotych Tarasach na mierzeniu zwykłych czarnych Conversów w Footlockerze i ten przystojny wysoki brunet, który akurat miał swój pierwszy dzień pracy i przez ten cały pomagał mi dobrać odpowiedni rozmiar butów. Kapitalnie. W połowie sierpnia rozpoczął się mój rok szkolny. "Panie i panowie, wracamy do piekła" pomyślałam, przekraczając próg szkolnych drzwi. Pierwsze dziesiątki z Francuskiego i Niemieckiego, pierwsza jedynka z fizyki. Tak oto wróciłam do mojego monotonnego życia. Pod koniec września Chodakowska znowu stała się moim codziennym gościem, a buty do biegania znalazły stałe miejsce w mojej szafie. Wiecie, czasami trzeba się jakoś oderwać od codzienności, zresetować umysł. Wtedy lubię włożyć słuchawki w uszy i pokonać 4 czy tam 5 kilometrów. Po takim dystansie człowiek znowu zaczyna słyszeć swoje myśli i można wziąć się za naukę. Tak oto minęło 5 miesięcy. W miedzy czasie dowiedziałam się, że w 2015 czekają na mnie kolejne wyjazdy na koncerty z Jagodą, np. Włochy, a dokładniej Turyn i koncert 5 Seconds Of Summer, albo One Direction w Brukseli. Nie może mnie zabraknąć na kolejnym, tym razem Gdańskim wydarzeniu roku, czyli prawdopodobnie ostatni koncert Marsów przed dłuższą przerwą. Poza koncertami na pewno natknę się na inne, wypoczynkowe wyjazdy, ale tego dowiem się z czasem. A teraz mamy już styczeń, przed chwilą wróciłam z Polski. Parę tygodni temu znowu widziałam się z Kasią. Teraz dochodzi w pół do trzeciej nad ranem a ja zamiast spać leżę zwinięta w kulkę i pisze tego posta. No właśnie, zapomniałam wspomnieć o najważniejszym. W maju założyłam bloga. Znowu natknęła mnie wena artystyczna na pisanie kolejnej internetowej kroniki. Mam jedynie nadzieję, że ta pożyje dłużej od poprzednich.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Good to see you, Warsaw!

Witajcie! Przedwczoraj mój licznik w telefonie pokazywał zero, jedno wielkie zero a to oznaczało tylko jedno, nadszedł dzień wyjazdu do Polski. Żeby moja opowieść trzymała się kupy, zacznę od samego początku. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, po chwili dołączyła ciężkość głowy i jak się okazało wysoka gorączka. Załamałam się, bo nie mogłam pozwolić sobie na chorobę paręnaście godzin przed moim wyjazdem. Sięgnęłam po witaminę C i paracetamol by zbić wysoką temperaturę. Przez cały dzień leżałam. Nie miałam siły oddychać a co dopiero wstać i przebrnąć przez półtora tysiąca kilometrów. W pewnym momencie pogodziłam się już z myślą, że chyba jednak muszę się poddać, że choroba zwyciężyła. Jednak pod wieczór trochę mi ulżyło i wykorzystałam wszystkie możliwe siły na przygotowanie się do podróży. Planowałam pójść spać o 19:00, bo o 04:30 miał zadzwonić mój budzik, jednak ostatecznie spałam niecałe półtorej godziny. Po przebudzeniu nadal dokuczał mi ostry ból gardła, jednak moja temperatura ciała nie przekraczała 38. Dałam z siebie wszystko aby przetrwać. O piątej rano wsiadłam do samochodu, po czym ruszyliśmy w stronę lotniska, a dokładniej Schiphol w Amsterdamie. Szczerze mówiąc bardzo się o siebie martwiłam. Nie wyobrażałam sobie jak to wszystko będzie wyglądać. Ja z łbem jak wiadro i pięćdziesięcioprocentową świadomością tego co się dzieje wokół mnie. Bardzo obawiałam się omdlenia, na szczęście nic z tych rzeczy mi się nie przytrafiło. Droga na lotnisko zajęła nam bardzo mało czasu, bo jedyne 40 minut, ale to pewnie przez pustki na autostradzie. Na lotnisku powitały mnie pięknie dekoracje świąteczne. Wysokie choinki z jasnym oświetleniem i dużymi bombkami wręcz uśmiechały się do przechodniów. Najgorsza była odprawa. Gdy stanęłam w kolejce dostrzegłam, że przede mną stoi około sto osób. Tradycyjnie musiałam wyjąć z bagażu podręcznego wszystkie płyny oraz zdjąć kurtkę, szalik i.. buty. No cóż, najwyraźniej wprowadzili jakieś dodatkowo ostre zimowe zasady kontrolne. Po odprawie kierowałam się w stronę mojego przejścia, C13 z którego  zazwyczaj latają samoloty linii lotniczych Lot. Jeśli już kiedyś lataliście ze Schiphola do Polski to wiecie, że trasa przejście graniczne-gate C13 zajmuje 7-8 minut normalnym krokiem. Teraz się już chyba domyślacie, że to lotnisko nie należy do małych. 




Gdy dotarłam do przejścia niestety wszystkie ławki były już zajęte, więc byłam zmuszona usiąść na "parapecie" przy oknie. Przeczekałam 15 minut i otworzyli przejście. Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy latam dostaje miejsce 13A, czyli przy samym skrzydle. Na początku czekaliśmy aż wszystkie bagaże zostaną zapakowane. W drodze na pas startowy stewardesa wyjaśniła zasady bezpieczeństwa na pokładzie po czym byliśmy gotowi do startu.  Po osiągnięciu wysokości przelotowej mieliśmy możliwość ze skorzystania z pokładowego, płatnego serwisu. W mniej więcej połowie lotu każdy pasażer otrzymał DARMOWĄ szklankę wody mineralnej i Prince Polo o wielkości 1/3 normalnej wersji wafla. *śmiech* Oczywiście nadal można było nabyć ciepłe napoje, ale jak sobie pomyśle, że miałabym wydać 8zł na malutki kubeczek herbaty to mi się jej odechciewa. 

 
Ogólnie rzecz biorąc lot trwał niecałe półtorej godziny i był całkiem dobry, pomijając częste mini-turbulencje przez silny wiatr, który na szczęście wiał nam w plecy. Po godzinie lotu niebo zaczęło się rozjaśniać. Nad Niemcami wschodziło słońce. Chciałam nagrać ten piękny widok, ale bateria poległa. Uroki kręcenia vlogów telefonem.. Podczas zmiany wysokości przedzieraliśmy się przez białe chmury. W jednej chwili z promiennej atmosfery znaleźliśmy się w szarym, ponurym świecie. Po wylądowaniu spędziłam jeszcze poł godziny przy lotniskowym gniazdku kontaktowym, tak aby moja Galaxa trochę ożyła. W między czasie czułam, że gorączka znowu mnie atakuje, więc sięgnęłam po kolejną tabletkę paracetamolu. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o chorobie i się udało. Złapałam 175 i ruszyłam do Centrum Warszawy.


Pierwszy raz w życiu jechałam sama z lotniska do centrum stolicy, gdzie po 5 miesiącach spotkałam się z moim kosmetycznym ekspertem- Kasią. Miło spędziłyśmy czas na długiej pogawędce i najważniejszym,   zakupach! Odwiedziłyśmy między innymi MAC, Bath&BodyWorks i Hebe. No właśnie, Hebe! Pierwszy raz w życiu zrobiłam zakupy w tej drogerii. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam i z tego co wiem, to u mnie w Holandii jej nie ma, ale myślę, że podczas mojego pobytu w Polsce na pewno ją jeszcze odwiedzę. Ta sama historia z B&BW. W całej Holandii nie ma ani jednego punktu tej marki. Urzekły mnie zapachy ich świeczek, a zwłaszcza Merry Cookie. Nie mogłam się mu oprzeć, zwłaszcza, że 3 świeczki były w cenie 2. Kapitalnie!



Wypad do Warszawy nie mógłby być uznany za udany gdybyśmy nie zahaczyły o najbardziej hipsterską kawiarnię świata, Starbucks. Pierwszy raz spróbowałam Gingerbread latte i muszę przyznać, że jest przepyszna a w gronie wspaniałych znajomych smakuje jeszcze lepiej. Mniam! Przy okazji wymieniłyśmy się prezentami świątecznymi. Podarowałam Kasi książkę Zoelli "Girl Online",  która miała niedawno swoją premierę. Z kolei ja dostałam wiele przewspaniałych rzeczy o których opowiem w poście z Warszawskiego haulu. O 12:55 na peron 2 wjechał mój pociąg jadący do Lublina, czyli terenu z którego pochodzę. Szkoda, że nasze spotkanie trwało tak krótko. Mam nadzieję, że następnym razem będziemy miały dużo więcej czasu na babskie pogaduchy.


Tak oto prezentuje się piewsza świąteczna notka. Jak Wam się podoba? Swoją drogą, wydaje mi się, że zebrałam wystarczająco materiału na mini-vloga, ale nie mam zielonego pojęcia kiedy go opublikuje, bo niestety nie miałam możliwości wzięcia ze sobą swojego laptopa.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Update: Nowe posty, pomysły i święta w Polsce

Hej! Dochodzi północ a ja siedzę z laptopem na kolanach, piję herbatę i staram się nie zwracać uwagi na intensywny zapach domowej wcierki z kozieradki. Od jakiegoś czasu nie mam weny do blogowania. Mam wrażenie, że nie podoba Wam się to co tworze, że moja egzystencja w świecie blogerów nie ma sensu. Przez cały dzień myślałam nad tym miejscem. Przeanalizowałam wszystkie plusy i minusy dzielenia się z Wami kawałkiem mojego życia. Tak wiele razy obiecywałam, że będę publikować posty regularnie, że będę poświęcać Wam więcej czasu. Za każdym razem kończy się to w ten sam sposób- porażką. Chyba jedyne co mi w tym momencie pozostało, to postawienie wszystkiego na jedną kartę i całkowite rzucenie się w wir blogerstwa. Jak to mówi Jared Leto "Try and fail, but never fail to try." 
Jakiś czas temu wspominałam o ideach na nowe notki. One nadal są w mojej głowie, a niektóre  z nich przelałam już na tę internetową kartkę papieru. Wkrótce pojawi się coś, czego jeszcze nigdy tutaj nie było. Zamierzam stworzyć małą serię świąteczną. Jak na razie mogę zdradzić, że nie będą to tylko posty. Poza tym, Boże Narodzenie i Sylwestra spędzę w Polsce! Nie wyobrażacie sobie jak bardzo cieszę się z tego powodu. Nareszcie spotkam się z całą rodziną i spędzę ten czas w gronie najbliższych. Kolejną rzeczą jest fakt, że od 2,5 roku nie widziałam śniegu. Zimy w Holandii bardziej przypominają Polską jesień niż miesiąc Świąt Bożego Narodzenia. Dlatego raczej nie zdziwi Was moja potrzeba prawdziwej, siarczystej zimy z metrowymi opadami śniegu. Teraz pozostało mi tylko trzymać kciuki, aby  do 13 grudnia, czyli dnia mojego przylotu, zima dała znaki życia. W tym tygodniu czeka mnie prawdziwa katorga. Musze napisać wszystkie sprawdziany, które oficjalnie miałabym dopiero za tydzień. A właśnie, w sobotę były Mikołajki! Czy nadal obchodzicie tę tradycje? Jeśli tak, to co dostaliście? Na dniach pojawi się post z moimi prezentami, so stay tuned! Macie już jakieś pomysły na świąteczne prezenty dla najbliższych? Jeśli tak, to jakie? Dzisiaj wybrałam się do centrum w poszukiwaniu czegoś co mogłoby przypaść do gustu mojej rodzinie. Niestety, misja zakończona niepowodzeniem. Chyba będę musiała zaopatrzyć się w prezenty gdy dolecę już do Polski. Swoją drogą, uwielbiam gdy miasto jest już w tym Bożonarodzeniowym klimacie. Szkoda tylko, że nie ma śniegu.. P.S Czy chcielibyście abym od połowy grudnia codziennie dodawała tzw. Vlogmas? Koniecznie napiszcie na dole!


wtorek, 25 listopada 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii #2

Witam Was serdecznie. Jakiś czas temu napisałam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Ze względu na to, że post Wam się spodobał, postanowiłam zrobić serie i w każdej części opowiadać o pięciu kolejnych rzeczach. Tym razem skupiłam się na wariantach związanych z domem i jego wnętrzem. Podkreślam, że poniżej opisane rzeczy pochodzą z moich obserwacji i mogą się różnić od domów w innych prowincjach! :)

1. Rijtjeshuis
Typowe miejskie domy Holenderskie to rijtjeshuis, czyli szeregowce. Praktycznie na każdej ulicy takie znajdziemy. Czy jest to centrum Amsterdamu, czy wieś w szczerym polu- są naprawdę wszędzie. Na nowych osiedlach budowane są one w nowoczesnym stylu, jednak architekci nadal podtrzymują tradycje budowania domów z czerwonej lub brązowej kostki. Nie są one otynkowane. Ponadto w każdym z nich znajdziemy identyczne ustawienie pomieszczeń. Czasem żartujemy sobie z mamą, że jakby ktoś się mocno upił to nie trafiłby do siebie do domu, bo wszystkie wyglądają tak samo. ;-)

2. Drzwi z oknami 
Zacznę od najdziwniejszej i jednocześnie najczęściej spotykanej rzeczy w Holanderskich domach- drzwi. Wszystko byłoby w normie gdyby nie fakt, że te drzwi mierzą ok. 3-3,5m. No dobrze, samą wysokość jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ponieważ mamy tu bardzo wysokie sufity. Poza tym, Holendrzy nie należą do najniższych osób, ale dlaczego ściana nad drzwiami nie jest zamurowana?! W Polsce ta powierzchnia zostaje zabudowana, a tutaj wstawiają w to miejsce.. okna! Okno nad drzwiami, dacie wiarę? Moim zdaniem jest to najgłupszą rzeczą w tutejszym budownictwie. Wyobraźcie sobie, wracacie w nocy do domu i nie chcecie nikogo zbudzić, ale musicie zapalić światło, bo inaczej zabijecie się na stromych schodach. Promienie żarówki przedzierają się przez okienko do wszystkich pomieszczeń na piętrze przez co budzą domowników. Więc jeśli mieszkacie w Holandii i jesteście właścicielami normalnych drzwi powinniście się z nich bardzo cieszyć!


3. Okna
Kolejną sprawą są okna. W tutejszych domach, a przynajmniej w większości wbudowane są takie same okna jak te w moim. W pomieszczeniach typu kuchnia znajdują się okna na całą ścianę. Jednak są one podzielone na dwie części. Pierwsza, zazwyczaj ta większa, jest wbudowana na stałe. Nie da się jej otworzyć. Z kolei drugą część można otwierać, ale jej 'ruchy koordynacyjne' są ograniczone do otwierania i zamykania. Okna otwierają się na zewnątrz. Szerokość otwarcia reguluje się dzięki metalowej rączce z okrągłymi otworami. Nie ma możliwości uchylenia okna do góry. Ponadto, na każdym oknie znajdują się dwie klamki zamykane na klucz. Jedynym plusem do tego niepraktycznego wynalazku są wietrzniki zamieszczone nad szybą. Dzięki nim życie staje się odrobinę łatwiejsze.



4. Strome schody
Czym byłby Holenderski dom bez stromych schodów? Prawie każdy dom w Niderlandach ma minimalnie jedno piętro. Aby się na nie dostać trzeba wejść po schodach.. ale nie takich zwykłych schodach. Tutejsze schody można porównać do tych w Angielskich domach. Są wysokie, strome i małe. Niektóre z moich koleżanek nie mają na przykład poręczy. Wtedy to już naprawdę katastrofa. Na szczęście architekci moich czterech kątów kierowali się w stronę nowoczesnej wersji typowo Holenderskiego domu, dzięki czemu mam normalne schody z których da się normalnie korzystać.


5. Ogródki
Mimo, że Holandia jest dość małym krajem, do prawie każdego domu jest dołączony ogródek z dużym domkiem narzędziowym. Obszar przeciętnego ogródka to 40m2. Bez problemu zmieścimy w nim meble ogrodowe, trampolinę i huśtawkę (przynajmniej mi się udało). Moim zdaniem takie zagospodarowanie posiadłości za domem jest idealne dla mieszkańców miast, którzy chcieliby zaprosić znajomych i zorganizować grilla lub choć na chwilę przenieść w cichy zakątek na świeżym powietrzu.

A czy Wy mieliście kiedykolwiek okazję być w Holenderskim domu? Jeśli tak, to jakie rzeczy przykuły Waszą uwagę?

niedziela, 23 listopada 2014

Sweather weather TAG

Cześć kochani. Jak się macie? U mnie wszystko dobrze, tylko na nic nie mam czasu. Z dnia na dzień przybywa coraz więcej nauki i można normalnie wykitować. Czasami mam chwilę w których mam ochotę rzucić te wszystkie książki i po prostu pójść spać. Tak, szare chmury i namiętnie padający deszcz, czyli jak zdemotywować człowieka do robienia czegokolwiek co nie jest związane z testowaniem swojego łóżka. Niedawno natknęłam się na Youtube na fajny tag, który idealnie pasuje do aktualnej pory roku. Sweather Weather TAG składa się z 15 pytań na temat jesieni, na które postaram się odpowiedzieć. 


1. Ulubiony zapach świeczki?
W grudniu ubiegłego roku moja kochana koleżanka zaraziła mnie miłością do zapachów świeczek kultowej marki Yankee Candle. Od tamtej pory przewinęło mi się w rękach wiele wosków, jednak jeszcze nie zainwestowałam w dużą świecę. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. Nie wiem który zapach powinnam wybrać. 

2. Kawa, herbata czy czekolada?
Należę do tej części populacji, która pije kawę w ostatecznej ostateczności. Z kolei gdyby zadano mi to pytanie 2-3 lata temu bez chwili zastanowienia wybrałabym czekoladę. Od tamtej pory minęło już trochę czasu i teraz staram się wybierać najzdrowsze produkty. Moimi ulubieńcami są dwie herbatki: zielona i English Breakfast.

3. Twoje najlepsze jesienne wspomnienie? Pierwszą rzeczą, która przyszła mi do głowy jest jesienny obraz sprzed 7-8 lat. Ja, wtedy jeszcze jako mała dziewczynka bawiąca się ze swoją przyjaciółką pod wysokim dębęm w stosie złotych liści. Pamiętam jak razem z moim dziadkiem robiłam ludziki z kasztanów i zapałek. Ach, jak miło wrócić do czasów w których największym zmartwieniem były deszczowe dni który nie pozwalał na zabawę na zewnątrz.




4. Ulubiona potrawa na Święto Dziękczynienia?
Nie obchodzę tego święta, dlatego nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie. 

5. Jak wygląda jesienna pogoda w mieście, w którym mieszkasz?
Zazwyczaj deszczowo, szaro, ponuro. Często pojawiają się sztormy z bardzo intensywnym wiatrem. 

6. Oglądanie meczu, czy skakanie w stosie liści?
Nie ciągnie mnie do oglądania zmagań sportowych, więc zdecydowanie wybieram to drugie.

7. Spodnie, rurki czy legginsy?
To zależy od okoliczności, aczkolwiek w domu najchętniej zakładam wygodne legginsy.

8. Twój ulubiony sweter to..

Szary sweter z suwakiem na plecach z Vero Moda.

9. Jaki jest Twój lakierowy must-have tej jesieni?
W tym roku zdecydowanie stawiam na wszystkie odcienie brązów, bordo i inne ciemne kolory, na przykład Bahama Mama firmy Essie. 




10. Jaki trend w makijażu wolisz: ciemne usta czy skrzydlate/wywinięte kreski eyelinerem?
Zdecydowanie wolę wywinięte kreski eyelinerem. Ciemne odcienie szminek jakoś do mnie nie pasują.

11. "Wojskowe buty" czy UGG?
To zależy od okoliczności. Jeśli mam do czynienia z deszczową pogodą wybiorę wojskowe buty. Jeśli chodzi o suche, ale chłodne dni, wybiorę moje Uggi.

13. Czy smak dyni jest przereklamowany?
Myślę, że tak. Dynia jest bardzo smaczna i przede wszystkim zdrowa, ale nie widzę w niej niczego nadzwyczajnego. 

14. Ulubiony jesienny serial?
Jak już kiedyś wspominałam, uwielbiam Pretty Little Liars. Moim drugim faworytem jest American Horror Story. 

15. Piosenka, która przenosi Cię w jesienny nastrój?
Nie wiem czy taką mam. Mogę wymieniać dziesiątki piosenek, które przenoszą mnie w zimowy nastrój, ale nie jesienny. 


A czy Wy lubicie jesień? Jeśli tak, to za co ją sobie cenicie?

wtorek, 11 listopada 2014

Sint Maartensfeest, czyli Holenderski Halloween

Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie o moim istnieniu, bo dawno mnie tu nie było. Poprzednim razem obiecałam systematyczność- znowu nic z tego nie wyszło. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele obowiązków wiąże się ze szkołą. Przed chwilą zakończył się tydzień testów i myślałam, że w końcu będę miała chwilę na złapanie oddechu. Niestety się myliłam i dlatego dopiero teraz publikuje ten post. Niedawno Amerykanie (zresztą nie tylko oni) obchodzili dla nich jedno z najpopularniejszych świąt zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, mianowicie Halloween. W Holandii ten zwyczaj nie jest aż tak popularny, jednak 11 listopada obchodzimy Sint Maartensfeest, czyli Dzień Świętego Marcina. Przed przeprowadzką do Niderlandów nigdy nie obchodziłam tego święta, więc nie mam pojęcia jak wygląda jego Polska wersja. Tutejszy Dzień Świętego Marcina można porównać do ubogiej wersji Halloween. Może zacznę od przygotowań. Mniej więcej w połowie października sklepy zostają zasypane kostiumami, lampionami, dekoracjami i innymi bzdetami związanymi z Amerykańską tradycją. W sumie to nie wiem w jakim celu sprzedawane są te akcesoria, bo w Holandii rzadko kto dekoruje domy na tę okazje, a jeśli już dekoruje to ogranicza się do lampionu, ewentualnie dyni wystawionej przed drzwi. Podstawowym Halloweenowym zwyczajem w USA lub UK jest trick or treating, czyli cukierek albo psikus. Tutaj wygląda to trochę inaczej. Wieczorem dzieciaki chodzą od domu do domu z lampionem i koszyczkiem na słodycze, ale muszą się trochę wysilić aby cokolwiek dostać. Gdy mieszkaniec danego domu otworzy drzwi, dzieci zaczynają śpiewać krótkie piosenki o Sint Maartenfeest (najczęściej ). Po wysłuchaniu gospodarz częstuje śmiałków słodkościami. No właśnie, bo poza dekoracjami do sklepów trafiają przeróżne pakiety ze słodyczami przeznaczonymi dla małych wędrowców, którzy chodzą od domu do domu z nadzieją, że tym razem dostaną coś, czego dotychczas nie mieli. Ze swojego doświadczenia sprzed paru lat wiem, że najczęściej dostaje się żelki lub typowo Holenderskie, anyżowe cukierki tzw. drop. Dzień Świętego Marcina obchodzą zazwyczaj dzieci do 12-13 lat, czyli do czasu pójścia do szkoły średniej. Starsze osoby uważają to za zbyt dziecinne, i nie biorą w tym już udziału. Tak było też ze mną. Teraz to ja jestem osobą, która 11 listopada ogląda dziesiątki występów dzieciaków i rozdaje masę słodyczy. A czy Wy obchodzicie dzień Świętego Marcina? Jeśli tak, to jak on u Was wygląda? Chcielibyście aby Halloween stał się nową, Polską tradycją?









niedziela, 26 października 2014

Food diary, czyli co jem w ciagu dnia

Po monotonnym tygodniu w szkole nareszcie doczekałam się weekendu. Pamiętacie jak w poprzednim poście wspominałam, że nadchodzi prawdziwa, deszczowa jesień? Otóż moje prognozy się sprawdziły. Od tygodnia non stop pada deszcz. Na szczęście temperatura nadal utrzymuje się przy 15 stopniach Celsjusza. Takie dni najchętniej spędziłabym pod kocem z filiżanką gorącej herbaty i jakąś smaczną potrawą na talerzu. No właśnie, tylko jaką? W dzisiejszym poście zaprezentuje Wam food diary, czyli mój pierwszy "jedzeniowy pamiętnik." Zapraszam do czytania!

Śniadanie:

Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem całego dnia. Daje nam energię na cały poranek, dlatego nie powinniśmy o nim zapominać. Aby przetrwać cały dzień w szkole muszę zjeść pełnowartościowe śniadanie, a zwłaszcza w poniedziałki gdy mój organizm przypomina mysz rozpłaszczoną przez stado słoni. Pełnowartościowe śniadanie powinno zawierać nierafinowane węglowodany, białka i tłuszcze. O poranku jadam zazwyczaj płatki owsiane z jogurtem naturalnym/greckim lub po prostu gotowane na wodzie albo mleku (np. sojowym). Jeśli mam więcej czasu przyrządzam jajka w różnych postaciach. Jednak dzisiaj zdecydowałam się na płatki owsiane gotowane na wodzie z otrębami żytnimi, jagodami goji, nasionami chia, siemieniem lnianym, pestkami słonecznika, startą gruszką i cynamonem. Do tego wypiłam filiżankę mojej ulubionej herbaty English Breakfast.


Drugie śniadanie:

W weekendy między godz. 10 a 12 biegam. Gdy pogoda nie dopisuje zostaję w domu i ćwiczę dane partie ciała np. z Ewą Chodakowską, XHIT lub Mel B. Po wysiłku fizycznym trzeba zadbać o dostarczenie niezbędnych witamin do organizmu. Dlatego przygotowałam mój ulubiony koktajl, bananowe smoothie z otrębami żytnimi i mlekiem sojowym. Pyszny, orzeźwiający koktajl bogaty w witaminy i minerały od razu daje nam energetycznego kopa na resztę dnia. Yum!


Obiad:

Po drugim śniadaniu od razu wzięłam się za odrabianie pracy domowej i za naukę na następne lekcje. Wolałam zrobić wszystko za jednym razem i mieć wolną niedziele. Przytaczając do następnego dania, tym razem to moja mama przygotowała obiad, który rozpływał się w ustach. Pieczony kurczak w majeranku z czerwoną cebulą oraz gotowane ziemniaki, a do tego sałatka ze zwykłej sałaty, szpinaku, pomidorów, ogórka i zielonych oliwek. Dawno nie jadłam tak dobrze przygotowanego produktu zwierzęcego. Szczerze mówiąc, bardzo rzadko jadam mięso. Nie jestem wegetarianką lub weganką, ono mi po prostu nie smakuje. 


Kolacja:

Ze względu na to, że wstałam dość późno, pory posiłków troszeczkę się zmieniły. Dlatego zrezygnowałam z podwieczorku i od razu wzięłam się za konkrety, czyli za kolację. Zrobiłam dwie kanapki z chleba razowego z pastą z jajka, tuńczyka i awokado. Na wierzch położyłam plasterki pomidora. Szczerze, nie miałam zielonego pojęcia jak będą one smakować, bo wymyśliłam ten przepis ok. 10 minut przed przystąpieniem do kulinarnych eksperymentów. Na szczęście efekt końcowy nie był taki zły.


Na koniec pragnę podkreślić, że nie zjadłam niczego poza wymienionymi produktami (+ ok. 1,5l płynów).
Czy Wy też trzymacie się zasady jedzenia co 2,5-3h? Ile posiłków trafia do waszego żołądka? Lubicie posty tego typu, jeśli tak, to co sądzicie o tym? 
P.S Od przyszłego tygodnia posty będą pojawiać się REGULARNIE, więc koniecznie tu zajrzyjcie! :) Życzę miłego wieczoru, pa! xo

niedziela, 19 października 2014

All good things come to an end

Dawno tu nie zaglądałam, pewnie domyślacie się z jakiego powodu- brak czasu. Mam za sobą pracowity tydzień. Starałam się poświęcić jak najwięcej uwagi na naukę i muszę przyznać, że poszło mi całkiem dobrze. Najbardziej cieszy mnie fakt, że pogoda zaserwowała słońce i w miarę wysoką temperaturę.  Dlatego każdą wolną chwilę spędziłam z moją przyjaciółką na świeżym powietrzu. Jogging jest moją ulubioną formą relaksu, moment w którym zapominam o całym świecie, nauce i resetuje swój umysł. Jednak niedługo będę musiała odpuścić sobie treningi na zewnątrz ponieważ prawdziwa, deszczowa jesień zbliża się wielkimi krokami a ja nie przepadam za siłowaniem się z wiatrem wiejącym z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę. Z dnia na dzień drzewa gubią coraz więcej liści, a słońce znika za szarymi chmurami. Dzisiaj wybrałam się do Amsterdamie na niedzielne spotkanie z Panem Bogiem. Msza rozpoczęła się o 12, więc wstałam w miarę wypoczęta. Szkoda, że te siedem wolnych dni mam już za sobą. Na samą myśl o jutrzejszej pobudce o siódmej rano robi mi się niedobrze, grr.. Na razie zostawiam Was ze zdjęciami, które udało mi się dzisiaj zrobić, a sama uciekam do łóżka. Miłego wieczoru, dobranoc!





niedziela, 12 października 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii

Hej! Po trzydniowej walce z anginą wracam do żywych i jednocześnie rozpoczynam długo oczekiwane wakacje jesienne. Co prawda będą trwać tylko tydzień, ale to zawsze coś i idealnie nadadzą się do maksymalnego naładowania baterii na kolejne dwa miesiące, oraz na porządne przygotowanie do pierwszego w tym roku tygodnia testów. Dobra, oderwijmy się choć na chwilę od edukacji i przejdźmy do czegoś przyjemniejszego. Czy zastanawialiście się kiedyś, co może Was zaskoczyć w obcych krajach? Język, zwyczaje a może zachowanie tamtejszych mieszkańców? W dzisiejszym poście opowiem Wam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Zapraszam!

1. Język
Gdy pierwszy raz odwiedziłam Holandię byłam małą dziewczynką z jeszcze mniejszą wiedzą o krajach dalekiego zachodu. Przez długie lata myślałam, że Holendrzy posługują się językiem Angielskim, jednak rzeczywistość okazała się trochę inna. Dziwna, harcząca barwa głosu przechodniów na ulicach Amsterdamu od razu obiła mi się o uszy. Wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedyś będę płynnie mówić w języku Niderlandzkim. Ach, popatrzcie jak to życie potrafi spłatać figle.. 

2. Luźny styl życia
W sumie to nie wiem czy nie lepszym określeniem byłoby po prostu "niechlujność." Spotkanie osób, które wychodzą na zewnątrz w takim samym stanie jak tuż po wstaniu z łóżka nie robi na mnie już większego wrażenia. Parodniowa, przepocona koszulka i nieświeży oddech są tu na porządku dziennym. Kolejnym, bardzo częstym, wręcz smutnym widokiem są osoby, które bez skrępowania bekają na głos, puszczają bąki lub dłubią w nosie. Teraz coś o higienie rąk. Już nie raz spotkałam się w szkole z osobami, które po skorzystaniu z toalety nie myją rąk, no bo "po co?" (oczywiście nie dotyczy to całego narodu.) Reasumując, Holendrzy prowadzą bardzo luźny styl życia, ale czy nie jest on przypadkiem za luźny? 

3. Architektura
Tutejsza architektura zdecydowanie różni się od Polskiej. Charakterystyczną cechą dla Holenderskich budowli jest kostka. Praktycznie wszystkie domy, zarówno te stare jak i nowe zostały zbudowane z tego materiału. W centrum Amsterdamu odnosi się wrażenie, że albo to my jesteś pod wpływem środka odurzającego, albo to architekt był na haju. Tamtejsze domy są krzywe. Jedne wychylone do przodu, inne w bok. Abstrakcyjne, kolorowe domki z oknami na całą ścianę sprawiają, że na chwilę przenosisz się do innego wymiaru. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba po prostu zobaczyć.



1. Damplein, czyli główny plac w Amsterdamie z góry.
2. Amsterdamska kamieniczka z powieści "The Fault In Our Stars" Johna Greena w której mieszkał pisarz Peter van Houten.
3. Jedna z wielu uliczek w Amsterdamie.

4. Krajobraz
Jako dziecko nie ma się pojęcia o krajobrazach krajów Europy. Tak było też ze mną. Nie wiedziałam, że Holandia jest tak płaskim krajem. Nie ma tu pagórków, górek, czegokolwiek co odstaje od powierzchni na choćby metr. Mam wrażenie, że większość kraju to pola i łąki, na których pasą się krowy i barany. Najsłynniejsze z Holenderskich krajobrazów to pola tulipanów oraz rejony upraw ogrodniczych. Równie charakterystycznym elementem krajobrazu są rozległe szklarnie, w których uprawia się warzywa, kwiaty i owoce. Poza tym, często można spotkać wiatraki- stare, które kiedyś wypompowywały wodę i nowe, dostarczające energię elektryczną.

5. Kanały
Wszędzie woda! Przed przyjazdem do Holandii nigdy nie widziałam tylu kanałów wodnych. W Polsce mamy głównie rzeki, i na tym się kończy. Tu jest na odwrót. Na każdej ulicy, w każdym parku znajdziemy kanał, mały lub duży. W centrum miast stoją wysokie, stare kamienice, pomiędzy nimi wąskie uliczki, a wzdłuż nich kanały wypełnione łódkami. Jeśli chodzi o Amsterdamskie kanały, jest ich ponad 160. To własnie one czynią stolice Holandii unikalną w świecie.



Do napisania dzisiejszego posta zmotywowała mnie moja koleżanka, Kasia, której serdecznie dziękuję za podesłanie tematyki. A czy Wy byliście kiedyś w Holandii? Jeśli tak, to jakie rzeczy najbardziej przykuły Waszą uwagę?