Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lifestyle. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2014

November Beauty Favourites

Listopad, czyli typowo jesienny miesiąc już za nami, a to oznacza, że nadszedł czas na wskazanie paru produktów, które w ciągu ubiegłych 30 dni najczęściej trafiały w moje ręce.


Na pierwszym miejscu w moim listopadowym rankingu znalazł się lakier Essie. Poszukiwałam odcieniu, który idealnie zgra się z jesienną aurą i jednocześnie będzie klasyczny i elegancki. Dress to kill spełnił moje wszystkie wymagania. Czerwony klasyk, czyli lakier zdecydowanie na każdą porę dnia i nocy. Jedna warstwa daje całkowite krycie, jednak dla pewności wolę nałożyć dodatkową extra. W  moim przypadku przetrwał on całkowicie 3 dni. Potem pojawiły się "ślady użytkowania". Wydaje mi się, że tak szybkie zdarcie lakieru jest efektem braku utwardzacza. Mimo to uważam, że jego zakup był strzałem w dziesiątkę. 

Pachnieć jak aniołki, czyli mgiełka Victoria's Secret Mango Temptation. Dostałam ją od mojej mamy i przypuszczam, że pochodzi z butiku VS w Amsterdamie. Przezroczysta buteleczka o pojemności 250ml jest wykonana z mocnego plastiku. Na środku widnieje złote logo marki a pod nim nazwa mgiełki. Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo słodki. Producent opisuje go jako nektar z mango i ketmii. Utrzymuje się stosunkowo długo. Szczerze mówiąc, nadal jestem zaskoczona, że ten zapach naprawdę przypadł mi do gustu, bo zazwyczaj staram się unikać takich zapachów. No cóż, cieszę się, że w końcu coś w sobie przełamałam i tak bardzo polubiłam słodki, anielski zapach.


Następny produkt jest przeznaczony do pielęgnacji włosów. Od dłuższego czasu zmagam się z ich silnym wypadaniem i szczerze mówiąc nie wiem co jest tego przyczyną, bo mój stan zdrowotny jest na dobrym poziomie. W każdym razie, jakiś czas temu postanowiłam wybrać się do apteki i znaleźć coś, co pomoże mi zredukować utratę włosów. Wybrałam szampon Vichy, a dokładniej Dercos Technique. Buteleczka zawiera 200ml szamponu o dziwnym zapachu trochę przypominającym zioła, ale nie do końca. Na pierwszym miejscu składu znajduje się AQUA, a na drugim SLS czyli Sodium Laureth Sulfate. Mam bardzo wrażliwą skórę głowy, więc staram się unikać wszelkich silikonów, ale szampon nadal musi być szamponem i myć, więc no.. Jeśli chodzi o działanie to z ręką na sercu przyznaje, że naprawdę pomaga. Nie obciąża i nie wysusza skóry. Stosuję go od miesiąca i już widzę małe rezultaty. Na szczotce zostaje zdecydowanie mniej włosów. Poza tym stały się one mocniejsze i jak na razie nie pojawiły się jeszcze żadne rozdwojone końcówki. Oby tak dalej!

Teraz parę słów o głównej atrakcji notki, La Roche Posay. Od około miesiąca stosuje trzy produkty tej marki. Pierwszym z nich jest Effeclar Lotion Astrigente Micro-Exfoliante, czyli tonik zwężający pory i przeciwdziałający ich zatykaniu. Po miesiącu stosowania zauważyłam ogromną poprawę. Bardzo dobrze oczyszcza, łagodzi wszelkie podrażnienia. Poza tym nie wysusza i nie naciąga skóry co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo w zapachu wyraźnie czuć alkohol. Najmniej przyjemniejszą rzeczą jest delikatne szczypanie w podrażnionych miejscach. Poza tym nie widzę żadnych innych minusów. Cena jest również całkiem przyzwoita jak na takie cudo. Drugim produkt to Effaclar A.I. Przyśpiesza on gojenie się wszelkich krostek, wyprysków i działa bakteriobójczo. Stosuje go punktowo, głównie na czole. Doskonale nadaje się pod podkład, nie powstają żadne "wałeczki".  Ma bardzo delikatny, przyjemny zapach. Po pierwszym tygodniu stosowania zauważyłam kolosalną różnicę. Śmiało mogę powiedzieć, że nareszcie znalazłam preparat na wypryski, który naprawdę działa! Ostatnią perełką jest fenomenalny Cicaplast. Krem przyśpiesza regenerację naskórka. Idealnie nadaje się do mojej wysuszonej skóry z tendencją do częstego pojawiania się krostek. Te trzy produkty na stałe zadomowiły się w mojej codziennej, porannej i wieczornej rutynie. Co do kremów, to stosuje je na zmianę- rano Effaclar A.I a wieczorem Cicaplast. 


Znacie moich ulubieńców? Jeśli tak, to co o nich sądzicie? Jakie produkty zostały Waszymi ulubieńcami listopada? Dajcie znać! :)

wtorek, 11 listopada 2014

Sint Maartensfeest, czyli Holenderski Halloween

Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie o moim istnieniu, bo dawno mnie tu nie było. Poprzednim razem obiecałam systematyczność- znowu nic z tego nie wyszło. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele obowiązków wiąże się ze szkołą. Przed chwilą zakończył się tydzień testów i myślałam, że w końcu będę miała chwilę na złapanie oddechu. Niestety się myliłam i dlatego dopiero teraz publikuje ten post. Niedawno Amerykanie (zresztą nie tylko oni) obchodzili dla nich jedno z najpopularniejszych świąt zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, mianowicie Halloween. W Holandii ten zwyczaj nie jest aż tak popularny, jednak 11 listopada obchodzimy Sint Maartensfeest, czyli Dzień Świętego Marcina. Przed przeprowadzką do Niderlandów nigdy nie obchodziłam tego święta, więc nie mam pojęcia jak wygląda jego Polska wersja. Tutejszy Dzień Świętego Marcina można porównać do ubogiej wersji Halloween. Może zacznę od przygotowań. Mniej więcej w połowie października sklepy zostają zasypane kostiumami, lampionami, dekoracjami i innymi bzdetami związanymi z Amerykańską tradycją. W sumie to nie wiem w jakim celu sprzedawane są te akcesoria, bo w Holandii rzadko kto dekoruje domy na tę okazje, a jeśli już dekoruje to ogranicza się do lampionu, ewentualnie dyni wystawionej przed drzwi. Podstawowym Halloweenowym zwyczajem w USA lub UK jest trick or treating, czyli cukierek albo psikus. Tutaj wygląda to trochę inaczej. Wieczorem dzieciaki chodzą od domu do domu z lampionem i koszyczkiem na słodycze, ale muszą się trochę wysilić aby cokolwiek dostać. Gdy mieszkaniec danego domu otworzy drzwi, dzieci zaczynają śpiewać krótkie piosenki o Sint Maartenfeest (najczęściej ). Po wysłuchaniu gospodarz częstuje śmiałków słodkościami. No właśnie, bo poza dekoracjami do sklepów trafiają przeróżne pakiety ze słodyczami przeznaczonymi dla małych wędrowców, którzy chodzą od domu do domu z nadzieją, że tym razem dostaną coś, czego dotychczas nie mieli. Ze swojego doświadczenia sprzed paru lat wiem, że najczęściej dostaje się żelki lub typowo Holenderskie, anyżowe cukierki tzw. drop. Dzień Świętego Marcina obchodzą zazwyczaj dzieci do 12-13 lat, czyli do czasu pójścia do szkoły średniej. Starsze osoby uważają to za zbyt dziecinne, i nie biorą w tym już udziału. Tak było też ze mną. Teraz to ja jestem osobą, która 11 listopada ogląda dziesiątki występów dzieciaków i rozdaje masę słodyczy. A czy Wy obchodzicie dzień Świętego Marcina? Jeśli tak, to jak on u Was wygląda? Chcielibyście aby Halloween stał się nową, Polską tradycją?









niedziela, 26 października 2014

Food diary, czyli co jem w ciagu dnia

Po monotonnym tygodniu w szkole nareszcie doczekałam się weekendu. Pamiętacie jak w poprzednim poście wspominałam, że nadchodzi prawdziwa, deszczowa jesień? Otóż moje prognozy się sprawdziły. Od tygodnia non stop pada deszcz. Na szczęście temperatura nadal utrzymuje się przy 15 stopniach Celsjusza. Takie dni najchętniej spędziłabym pod kocem z filiżanką gorącej herbaty i jakąś smaczną potrawą na talerzu. No właśnie, tylko jaką? W dzisiejszym poście zaprezentuje Wam food diary, czyli mój pierwszy "jedzeniowy pamiętnik." Zapraszam do czytania!

Śniadanie:

Śniadanie jest najważniejszym posiłkiem całego dnia. Daje nam energię na cały poranek, dlatego nie powinniśmy o nim zapominać. Aby przetrwać cały dzień w szkole muszę zjeść pełnowartościowe śniadanie, a zwłaszcza w poniedziałki gdy mój organizm przypomina mysz rozpłaszczoną przez stado słoni. Pełnowartościowe śniadanie powinno zawierać nierafinowane węglowodany, białka i tłuszcze. O poranku jadam zazwyczaj płatki owsiane z jogurtem naturalnym/greckim lub po prostu gotowane na wodzie albo mleku (np. sojowym). Jeśli mam więcej czasu przyrządzam jajka w różnych postaciach. Jednak dzisiaj zdecydowałam się na płatki owsiane gotowane na wodzie z otrębami żytnimi, jagodami goji, nasionami chia, siemieniem lnianym, pestkami słonecznika, startą gruszką i cynamonem. Do tego wypiłam filiżankę mojej ulubionej herbaty English Breakfast.


Drugie śniadanie:

W weekendy między godz. 10 a 12 biegam. Gdy pogoda nie dopisuje zostaję w domu i ćwiczę dane partie ciała np. z Ewą Chodakowską, XHIT lub Mel B. Po wysiłku fizycznym trzeba zadbać o dostarczenie niezbędnych witamin do organizmu. Dlatego przygotowałam mój ulubiony koktajl, bananowe smoothie z otrębami żytnimi i mlekiem sojowym. Pyszny, orzeźwiający koktajl bogaty w witaminy i minerały od razu daje nam energetycznego kopa na resztę dnia. Yum!


Obiad:

Po drugim śniadaniu od razu wzięłam się za odrabianie pracy domowej i za naukę na następne lekcje. Wolałam zrobić wszystko za jednym razem i mieć wolną niedziele. Przytaczając do następnego dania, tym razem to moja mama przygotowała obiad, który rozpływał się w ustach. Pieczony kurczak w majeranku z czerwoną cebulą oraz gotowane ziemniaki, a do tego sałatka ze zwykłej sałaty, szpinaku, pomidorów, ogórka i zielonych oliwek. Dawno nie jadłam tak dobrze przygotowanego produktu zwierzęcego. Szczerze mówiąc, bardzo rzadko jadam mięso. Nie jestem wegetarianką lub weganką, ono mi po prostu nie smakuje. 


Kolacja:

Ze względu na to, że wstałam dość późno, pory posiłków troszeczkę się zmieniły. Dlatego zrezygnowałam z podwieczorku i od razu wzięłam się za konkrety, czyli za kolację. Zrobiłam dwie kanapki z chleba razowego z pastą z jajka, tuńczyka i awokado. Na wierzch położyłam plasterki pomidora. Szczerze, nie miałam zielonego pojęcia jak będą one smakować, bo wymyśliłam ten przepis ok. 10 minut przed przystąpieniem do kulinarnych eksperymentów. Na szczęście efekt końcowy nie był taki zły.


Na koniec pragnę podkreślić, że nie zjadłam niczego poza wymienionymi produktami (+ ok. 1,5l płynów).
Czy Wy też trzymacie się zasady jedzenia co 2,5-3h? Ile posiłków trafia do waszego żołądka? Lubicie posty tego typu, jeśli tak, to co sądzicie o tym? 
P.S Od przyszłego tygodnia posty będą pojawiać się REGULARNIE, więc koniecznie tu zajrzyjcie! :) Życzę miłego wieczoru, pa! xo

niedziela, 12 października 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii

Hej! Po trzydniowej walce z anginą wracam do żywych i jednocześnie rozpoczynam długo oczekiwane wakacje jesienne. Co prawda będą trwać tylko tydzień, ale to zawsze coś i idealnie nadadzą się do maksymalnego naładowania baterii na kolejne dwa miesiące, oraz na porządne przygotowanie do pierwszego w tym roku tygodnia testów. Dobra, oderwijmy się choć na chwilę od edukacji i przejdźmy do czegoś przyjemniejszego. Czy zastanawialiście się kiedyś, co może Was zaskoczyć w obcych krajach? Język, zwyczaje a może zachowanie tamtejszych mieszkańców? W dzisiejszym poście opowiem Wam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Zapraszam!

1. Język
Gdy pierwszy raz odwiedziłam Holandię byłam małą dziewczynką z jeszcze mniejszą wiedzą o krajach dalekiego zachodu. Przez długie lata myślałam, że Holendrzy posługują się językiem Angielskim, jednak rzeczywistość okazała się trochę inna. Dziwna, harcząca barwa głosu przechodniów na ulicach Amsterdamu od razu obiła mi się o uszy. Wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedyś będę płynnie mówić w języku Niderlandzkim. Ach, popatrzcie jak to życie potrafi spłatać figle.. 

2. Luźny styl życia
W sumie to nie wiem czy nie lepszym określeniem byłoby po prostu "niechlujność." Spotkanie osób, które wychodzą na zewnątrz w takim samym stanie jak tuż po wstaniu z łóżka nie robi na mnie już większego wrażenia. Parodniowa, przepocona koszulka i nieświeży oddech są tu na porządku dziennym. Kolejnym, bardzo częstym, wręcz smutnym widokiem są osoby, które bez skrępowania bekają na głos, puszczają bąki lub dłubią w nosie. Teraz coś o higienie rąk. Już nie raz spotkałam się w szkole z osobami, które po skorzystaniu z toalety nie myją rąk, no bo "po co?" (oczywiście nie dotyczy to całego narodu.) Reasumując, Holendrzy prowadzą bardzo luźny styl życia, ale czy nie jest on przypadkiem za luźny? 

3. Architektura
Tutejsza architektura zdecydowanie różni się od Polskiej. Charakterystyczną cechą dla Holenderskich budowli jest kostka. Praktycznie wszystkie domy, zarówno te stare jak i nowe zostały zbudowane z tego materiału. W centrum Amsterdamu odnosi się wrażenie, że albo to my jesteś pod wpływem środka odurzającego, albo to architekt był na haju. Tamtejsze domy są krzywe. Jedne wychylone do przodu, inne w bok. Abstrakcyjne, kolorowe domki z oknami na całą ścianę sprawiają, że na chwilę przenosisz się do innego wymiaru. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba po prostu zobaczyć.



1. Damplein, czyli główny plac w Amsterdamie z góry.
2. Amsterdamska kamieniczka z powieści "The Fault In Our Stars" Johna Greena w której mieszkał pisarz Peter van Houten.
3. Jedna z wielu uliczek w Amsterdamie.

4. Krajobraz
Jako dziecko nie ma się pojęcia o krajobrazach krajów Europy. Tak było też ze mną. Nie wiedziałam, że Holandia jest tak płaskim krajem. Nie ma tu pagórków, górek, czegokolwiek co odstaje od powierzchni na choćby metr. Mam wrażenie, że większość kraju to pola i łąki, na których pasą się krowy i barany. Najsłynniejsze z Holenderskich krajobrazów to pola tulipanów oraz rejony upraw ogrodniczych. Równie charakterystycznym elementem krajobrazu są rozległe szklarnie, w których uprawia się warzywa, kwiaty i owoce. Poza tym, często można spotkać wiatraki- stare, które kiedyś wypompowywały wodę i nowe, dostarczające energię elektryczną.

5. Kanały
Wszędzie woda! Przed przyjazdem do Holandii nigdy nie widziałam tylu kanałów wodnych. W Polsce mamy głównie rzeki, i na tym się kończy. Tu jest na odwrót. Na każdej ulicy, w każdym parku znajdziemy kanał, mały lub duży. W centrum miast stoją wysokie, stare kamienice, pomiędzy nimi wąskie uliczki, a wzdłuż nich kanały wypełnione łódkami. Jeśli chodzi o Amsterdamskie kanały, jest ich ponad 160. To własnie one czynią stolice Holandii unikalną w świecie.



Do napisania dzisiejszego posta zmotywowała mnie moja koleżanka, Kasia, której serdecznie dziękuję za podesłanie tematyki. A czy Wy byliście kiedyś w Holandii? Jeśli tak, to jakie rzeczy najbardziej przykuły Waszą uwagę?

środa, 8 października 2014

BACK TO SCHOOL: Haul

Hej! Pierwszy miesiąc szkoły już za nami, zaczyna się prawdziwa nauka, czyli kompletny brak wolnego czasu. Przez ten tydzień ani razu nie wyciągnęłam ręki w stronę laptopa i tym bardziej nie pomyślałam o napisaniu nowego posta.  I'm sorry, I really am. W każdym razie, dzisiaj przychodzę do Was z kontynuacją serii "Back To School." W drugiej części pragnę zaprezentować Wam mój haul szkolny, czyli niezbędne artykuły szkolne do Holenderskiego liceum. Zapraszam do czytania!


Na powyższym zdjęciu widzicie tzw. overview produktów, które kupiłam. 


Pierwszymi elementami haulu są zeszyty marki Oxford. 80- kartkowy blok w linię formatu A4 ze śnieżnobiałym, idealnie gładkim papierem. Kupiłam je w sklepie V&D, czyli w Holenderskim odpowiedniku Empiku. Promocyjna cena za 3 zeszyty to 7 euro.


Następnym punktem na mojej haulowej liście są zwykłe zeszyty A5. Do przedmiotów ścisłych używamy zeszytów w kratkę 1x1cm. 


Natomiast do przedmiotów humanistycznych używamy zwykłych zeszytów w linie. Teraz coś niezwykłego: W Holenderskich zeszytach margines znajduje się na początku strony, a nie na końcu! Moim zdaniem jest to bardzo wygodne, ponieważ podczas pisania dłuższego tekstu nie musimy ciągle zmieniać linijki. Cena za pakiet 3 zeszytów zarówno w kratkę- jak i w linię wynosi coś ok. 3 euro.


Kalendarz: Zwykły kalendarz ze skromnym designem, pochodzi ze sklepu HEMA. Spełnia moje wszystkie wymogi (m.i rozmiar i dobrze zagospodarowane strony.) Jak na tak niską cenę, bo tylko 4 euro, sprawdza się znakomicie. :)


Poniżej widzicie dokładne daty rozpoczęcia i zakończenia wakacji, oraz daty ważnych dni takich jak np. Święta Bożego Narodzenia. 


Bardzo ciekawym elementem jest ta plastikowa zakładka, która może również służyć jako linijka. 


Kolejnym przedmiotem z moich szkolnych zakupów jest piórnik marki Eastpak. Model Eastpak Benchmark Sunday Grey zapinany na suwak. Bardzo pojemny i przede wszystkim poręczny. Kupiłam go w V&D, za bodajże 9 euro.


A teraz jego zawartość: Stwierdziłam, że pokaże Wam tylko te najważniejsze i zarazem najczęściej używane rzeczy. Zakreślacze Stabilo (dwa pozostałe kolory niestety gdzieś się zapodziały) czerwony długopis BIC, ołówek 2H Faber Castel, długopis, cienkopis, cyrkiel, korektor i ekierkę kupiłam w HEMA.


Następną zdobyczą jest snelhechter. Nigdy nie spotkałam się z tym w Polsce, dlatego trudno dobrać mi jakiekolwiek określenie do tego przedmiotu. W każdym razie, jest to coś pomiędzy teczką a plastikowym segregatorem do którego można dokupić kartki A4. Snelhechtery są naprawdę niezbędne, a że nauczyciele często zapominają o zwrocie, nigdy nie ma się ich za dużo. Te akurat kupiłam w V&D. Cena: 0,99ct za sztukę.



Ostatnim przedmiotem mojego szkolnego haulu jest zwykła, akrylowa teczka. Trzymam w niej prawie wszystkie kartki które dostaje na lekcjach, notatki, sprawdziany. Taka zwykła a zarazem bardzo przydatna rzecz. Kupiłam ją w HEMA za ok. 2 euro.



I tak oto doszliśmy do końca tego posta. Jeszcze raz bardzo przepraszam za zwłokę. Chęci do blogowania są i to ogromne, ale brak czasu mnie wykańcza! No nic, mam nadzieję, że niedługo wszystko się jakoś ustabilizuje i posty będą publikowane regularnie. Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze. Każdy z nich wiele dla mnie znaczy. Tymczasem ja zmykam do pracy nad kolejną notką. Do zobaczenia wkrótce! :)

piątek, 26 września 2014

BACK TO SCHOOL: Szkoła w Holandii


Hej wszystkim! Jakiś miesiąc temu tysiące młodych osób zostało brutalnie wybudzonych z pięknego, wakacyjnego snu, który dla większości z nich mógłby trwać już na wieki. Niestety wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak też stało się z wakacjami 2014. Wrzesień, czyli dla większości uczniów najgorszy miesiąc ze wszystkich możliwych. Rozpoczęcie kolejnego, nudnego roku szkolnego, a wraz z nim kupowanie niezbędnych przyborów szkolnych i książek. Czas zacząć przygotowania na coroczną wojnę..
Dzisiejszy post jest pierwszą częścią ostatnio bardzo popularnej serii "Back To School." Jak sam tytuł posta wskazuje, opowiem Wam dzisiaj małe co nieco o Holenderskich szkołach. Zacznijmy!
Więc tak, w Polsce istnieje pięć "etapów" edukacyjnych, mianowicie; przedszkole, zerówka, podstawówka, gimnazjum i liceum. Z kolei Holenderską edukacje dzielimy na dwie części; Basisschool i voortgezet onderwijs. Basisschool jest niczym innym niż szkołą podstawową, która trwa 8 lat. "Naukę" rozpoczyna się w wieku 5 lat. Pewnie teraz zastanawiacie się po kiego grzyba wstawiłam słowo nauka w cudzysłów? Otóż w Holandii prawdziwa nauka zaczyna się dopiero w liceum. Cała podstawówka składa się głównie z nauki poprzez zabawę, i to również dotyczy najstarszych grup, 7 i 8, czyli osób w wieku od 10 do nawet 13 lat. W powyżej wymienionych grupach, dzieci dopiero zaczynają uczyć się typowych regułek językowych lub odróżniania rodzajów słów. Ponadto, przez 8 lat nauki nie nosi się ze sobą ani książek, ani zeszytów i przez to też nie ma pracy domowej. Myślę, że chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego pierwszego dnia w Niderlandzkiej szkole miałam wrażenie, że cofnęłam się do przedszkola. No dobrze, ale teraz przejdźmy do czegoś konkretniejszego. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpoczynamy naukę w Voortgezet onderwijs, czyli szkole wyższej. Tylko skąd mam wiedzieć do jakiej szkoły iść? O tym decyduje wynik z NIO Toets, czyli z testów, które każdy uczeń rozwiązuje w grupie 8. Na podstawie wyników zostaje dobrany profil szkoły średniej. 
A teraz parę słów o profilach; Profil #1. Praktijk, czyli najniższy profil zawodowy dla którego istnieje oddzielna szkoła, mianowicie praktijkschool. Profil #2. VMBO-basis, profil zawodowy, wyższy od praktijk. Profil #3. VMBO- kader, profil zawodowy z większą ilością teorii. Profil #4. VMBO-theoretisch, profil zawodowy w którym dominuje nauka teorii. Profil #5. MAVO, czyli mieszanka VMBO-t i HAVO, profil licealny i jednocześnie maturalny z posmakiem szkoły zawodowej. Wszystkie z powyżej wymienionych profili trwają 4 lata. Profil #6. HAVO, pięcioletni profil licealny, maturalny, po którym można udać się do studium. Profil #7. VWO, najwyższy i jednocześnie najdłuższy z możliwych profili licealnych. Trwa 6 lat i tylko po nim można pójść na studia.
No dobrze, gdy już wybraliśmy profil możemy złożyć papiery do danego liceum. Szkoły w Holandii są dużo większe od tych Polskich. Do mojej szkoły uczęszcza ponad 1300 osób i jest ona najmniejszą(!) szkołą w mieście pod względem ilości uczniów. Każda z tych osób posiada swoją własną szafkę otwieraną za pomocą karty magnetycznej. Tutaj nie ma czegoś takiego jak szatnia. Ubrania w których przyszliśmy zostawiamy w szafce, ponadto nie musimy zmieniać obuwia. Tutejsze szkoły przypominają mi trochę te z Amerykańskich filmów. Wiele pięter, jeszcze więcej klas, łatwo się zamotać i stracić orientację w terenie. Wielkim ułatwieniem w znalezieniu danej klasy jest numeracja. Czyli lokale na pierwszym piętrze zaczynają się od 100, na drugim od 200 i tak dalej. Czymś, co bardzo cenie sobie w Holenderskich szkołach jest wspaniałe dostosowanie każdego detalu dla osób niepełnosprawnych. Winda, brak progów w drzwiach, szerokie przejścia łączące skrzydła szkoły w 100% zdają egzamin. Kolejną zaletą jest zaopatrzenie szkoły. W każdej klasie znajduje się whiteboard, komputer i beamer. Na wszystkich piętrach znajdziemy leerplein, czyli miejsce w którym w spokoju można się pouczyć lub skorzystać z komputera (większość z nich jest sprzętem marki Apple). Oczywiście nie mogło zabraknąć lokali przeznaczonym doświadczeniom chemicznym, fizycznym i biologicznym. Każda lekcja trwa 50 minut. W ciągu dnia mamy dwie przerwy, 15 i 30 minutową. Spędzamy je w auli, czyli pomieszczeniu porównywalnym do Amerykańskich stołówek, np. takich jak w High School Musical. 
Przytaczając do rekrutacji; gdy już przyjęli nas do szkoły możemy rozpocząć naukę. Ale przed tym ekscytującym wydarzeniem musimy zaopatrzyć się w przybory szkolne. Dostajemy listę z artykułami, wszystko gra.. tylko zaraz, zaraz. A gdzie lista książek, które muszę zakupić? No właśnie, i tutaj niespodzianka, bo w Holandii książki dostaje się od szkoły. Nie dostajemy ich na zawsze. Zwracamy je przy odebraniu raportu, czyli świadectwa. Gdy mamy już cały niezbędny zestaw przyborów szkolnych możemy rozpocząć rok szkolny. W Holandii nie ma uroczystego rozpoczęcia.  Pierwszego dnia przychodzimy do szkoły i od razu mamy lekcje. Co prawda są one skrócone o parę godzin, ale to nadal lekcje. To samo dotyczy zakończenia roku. Ostatni dzień szkoły jest ostatnim dniem testów. Po wystawieniu ocen odbieramy raport i jesteśmy uwolnieni na 1,5 miesiąca. 
Holenderski rok szkolny dzielimy na cztery semestry. Na koniec każdego z nich mamy toetsenweek, czyli tydzień testów. Piszemy testy z całego materiału, który przerobiliśmy przez ubiegłe tygodnie. Dotyczy to wszystkich przedmiotów. Ocena z takiego egzaminu liczy się cztery razy. Skala ocen zaczyna się od 1, a kończy na 10. Oceny od 1 do 5 są ocenami niedostatecznymi. Z kolei oceny 5,5 wzwyż są dostateczne. Wszystkie z nich lądują w elektronicznym dzienniku, który automatycznie oblicza nam średnią z danego przedmiotu.
Teraz parę słów o dniach wolnych od szkoły. W Holandii jest dość dużo wolnego. Mamy wakacje jesienne (tydzień), świąteczne (2 tygodnie), zimowe (tydzień), majowe (tydzień) i oczywiście letnie (1,5 miesiąca). Do tego dochodzą pojedyncze wolne dni takie jak: Święto Niepodległości, Dzień Króla, Wielkanoc, Zesłanie Ducha Świętego, Wniebowstąpienie Pańskie itp. Ponadto można wziąć sobie.. urlop! Wystarczy, że rodzice wypełnią formularz i voila! Możemy jechać na wakacje w środku roku szkolnego. A propos podróżowania, w mojej szkole zorganizowany jest międzynarodowy projekt z Turcją i Hiszpanią. Ma on na celu poznawanie kultury obcej i ulepszenie umiejętności posługiwania się językami, a to wszystko dzięki internacjonalnym wymianom uczniowskim. Odwiedzono już między innymi Polskę, Niemcy, Turcję, Hiszpanie, Chiny i USA.
Yaaay! Po długich godzinach intensywnego myślenia udało mi się zebrać wszystkie myśli do kupy i przelać je na ten kawałek wirtualnego papieru. Mam nadzieję, że post Wam się spodobał. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania śmiało zadawajcie je w komentarzach na dole, a ja chętnie na nie odpowiem. 
Serdecznie dziękuję za chwilę uwagi i do zobaczenia wkrótce! :)
xo Karolina 

niedziela, 21 września 2014

TMI Tag 40 (Too Much Information)


Hej! Wczoraj minęły cztery miesiące od dnia w którym opublikowałam ostatniego posta. Stwierdziłam, że muszę przerwać milczenie i wrócić do blogowania. W końcu nie na darmo obiecałam sobie, że ten blog przetrwa dużo dłużej od poprzednich. Na początku pragnę przeprosić wszystkich czytelników (których jest niewiele) za nieobecność. Pewnie większość z Was już o mnie zapomniała, ale takie są konsekwencje zwlekania, więc chciałaś to masz, Karolina. Przez trzy ubiegłe miesiące wydarzyło się tyle wspaniałych rzeczy, że aż trudno ogarnąć to wszystko do kupy. Czerwiec. Miesiąc spełnionych marzeń. Czyli 2 kraje, 4 koncerty i poznanie swoich idoli, a to wszystko w jeden tydzień.
W związku z moją długą nieobecnością postanowiłam jakoś rozruszać bloga i dodać skróconą wersję TMI Tag, czyli Too Much Information Tag. Bardzo lubię oglądać/czytać tagi, które umożliwiają bliższe poznanie lubianych blogerek. Mam nadzieję, że Wam się spodoba!

1. Co masz teraz na sobie?
Obecnie mam na sobie szary sweter z Vero Moda oraz zwykłe dresy, również tego koloru.

2. Czy kiedykolwiek byłaś zakochana? 
Wydaje mi się, że tak naprawdę naprawdę zakochana nigdy nie byłam.

3. Czy kiedykolwiek miałaś straszne zerwanie?
Nie.

4. Ile masz wzrostu?
169 cm

5. Ile ważysz?
Szczerze mówiąc nie wiem, bo nie używam wagi, ale wydaje mi się, że coś pomiędzy 52-53kg. 

6. Twoja ulubiona potrawa? 
Spaghetti Bolognese z przesadzoną ilością żółtego sera.

7. Czy masz jakieś tatuaże?
Nie, ale chcę mieć.

8. Czy masz jakiś piercing?
Mam przebite uszy. W lewym uchu mam jedną dziurkę, w prawym dwie.

9. OTP? (One True Pairing)
Ezria, czyli Ezra i Aria z Pretty Little Liars.

10. Ulubiony serial?
Wybór był bardzo trudny, ponieważ oglądam wiele seriali, ale serce podpowiada, że powinnam wybrać Pretty Little Liars. 

11. Ulubiony zespół?
Według mnie, najlepszym zespołem świata jest Thirty Seconds To Mars, ale to tylko moja opinia. Just saying!

12. Czego Ci brakuje?
Poza czasem i rodziną, która mieszka w Polsce raczej niczego.

13. Ulubiona piosenka? 
Aktualnie Beyoncé- Flawless

14. Znak zodiaku?
Bliźnięta.

15. Czego szukasz u partnera?
Przede wszystkim wsparcia i czułości. Odrobiną cierpliwości też bym nie pogardziła!

16. Ulubiony cytat?
Mam dwa ulubione cytaty, mianowicie: "If you are willing to walk the path of a dreamer, then anything is possibly" i  "The less you care, the happier you'll be."


17.  Ulubiony aktor?
Jared Leto, Angelina Jolie

18. Ulubiony kolor?
Szczerze mówiąc, nie mam ulubionego koloru. Kupuję ubrania i inne produkty w odcieniach które w danym momencie pasują mi do całej kompozycji.

19.  Głośna muzyka, czy cicha?
To zależy od nastroju.

20. Gdzie idziesz gdy jesteś smutny?
Do swojego pokoju. Szarżuje na tumblrze szukając inspiracji.

21. Jak długo zajmuje Ci prysznic?
Zazwyczaj 20-40 min, czyli zdecydowanie ZA długo! :)

22. Jak długo zajmuje Ci przygotowanie się rano?
Z tym mam zawsze ogromny problem. Nigdy nie mogę zebrać się do kupy. Stoję 10 minut przed lustrem i myślę sobie "What the fuck am I doing?" A co do czasu, to przygotowanie się zajmuje mi 30-35 min.

23. Biłaś się kiedyś?
Nie przypominam sobie takiej sytuacji.

24. TURN ON: Co Cie kręci, co Ci się podoba u płci przeciwnej?
Dobrze ułożone włosy i zadbane paznokcie. ;)

25. TURN OFF: Co Ci się nie podoba u płci przeciwnej?
Odrażający zapach z ust, przepocone ubrania.

26. Powód dla którego dołączyłaś do YT? (w moim przypadku założyłaś bloga)
Chęć dzielenia się wiedzą o życiu w Holandii, pokazanie życia za granicą z perspektywy nastolatki.

27. Czego się boisz?
Insektów!

28. Kiedy ostatnio płakałaś?
Wydaje mi się, że gdy żegnałam się z rodziną przed powrotem do Holandii.

29. Kiedy ostatnio powiedziałaś, że kogoś kochasz?
Nie pamiętam. Jestem osobą która nie lubi, a raczej nie potrafi okazywać uczuć.

30. Co oznacza Twoja nazwa YT? (w moim przypadku nazwa bloga)
Foi et reves, czyli po Francusku wiara i marzenia.

31. Ostatnio przeczytana książka?
"Niebo istnieje, naprawdę" Todd'a Burpo.

32. Książka, którą aktualnie czytasz?
Po raz setny czytam całą trylogię Greya.

33. Co ostatnio oglądałaś (TV)?
Galileo

34. Ostatnia osoba, z którą rozmawiałaś?
Moja mama.

35. Relacja między tobą, a osobą, której ostatnio wysłałaś sms?
Bardzo dobra przyjaciółka.

36. Miejsce, które chcesz odwiedzić?
Bardzo chciałabym zwiedzić Nowy Jork i Londyn.

37. Ostatnie miejsce, w którym byłaś?
Centrum handlowe.

38. Czy masz crusha?
Tak, ale nie będę tutaj o nim rozmawiać hahaha :)

39. Ostatni raz kiedy kogoś pocałowałaś?
Ooo, dobre pytanie, ale niestety nie mogę sobie tego przypomnieć.

40. Ostatnio, kiedy ktoś Cię obraził?
Nie mam zielonego pojęcia.

41. Kogo tagujesz do zrobienia tego tagu?
Wszystkie osoby które jeszcze go nie zrobiły!



Na dzisiaj to wszystko. Jeśli post Wam się spodobał, dajcie znać w komentarzach. Mam nadzieję, że nie umarliście z nudów!
Do zobaczenia, Karolina. xo