Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nederland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nederland. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2014

November Beauty Favourites

Listopad, czyli typowo jesienny miesiąc już za nami, a to oznacza, że nadszedł czas na wskazanie paru produktów, które w ciągu ubiegłych 30 dni najczęściej trafiały w moje ręce.


Na pierwszym miejscu w moim listopadowym rankingu znalazł się lakier Essie. Poszukiwałam odcieniu, który idealnie zgra się z jesienną aurą i jednocześnie będzie klasyczny i elegancki. Dress to kill spełnił moje wszystkie wymagania. Czerwony klasyk, czyli lakier zdecydowanie na każdą porę dnia i nocy. Jedna warstwa daje całkowite krycie, jednak dla pewności wolę nałożyć dodatkową extra. W  moim przypadku przetrwał on całkowicie 3 dni. Potem pojawiły się "ślady użytkowania". Wydaje mi się, że tak szybkie zdarcie lakieru jest efektem braku utwardzacza. Mimo to uważam, że jego zakup był strzałem w dziesiątkę. 

Pachnieć jak aniołki, czyli mgiełka Victoria's Secret Mango Temptation. Dostałam ją od mojej mamy i przypuszczam, że pochodzi z butiku VS w Amsterdamie. Przezroczysta buteleczka o pojemności 250ml jest wykonana z mocnego plastiku. Na środku widnieje złote logo marki a pod nim nazwa mgiełki. Jeśli chodzi o zapach, to jest on bardzo słodki. Producent opisuje go jako nektar z mango i ketmii. Utrzymuje się stosunkowo długo. Szczerze mówiąc, nadal jestem zaskoczona, że ten zapach naprawdę przypadł mi do gustu, bo zazwyczaj staram się unikać takich zapachów. No cóż, cieszę się, że w końcu coś w sobie przełamałam i tak bardzo polubiłam słodki, anielski zapach.


Następny produkt jest przeznaczony do pielęgnacji włosów. Od dłuższego czasu zmagam się z ich silnym wypadaniem i szczerze mówiąc nie wiem co jest tego przyczyną, bo mój stan zdrowotny jest na dobrym poziomie. W każdym razie, jakiś czas temu postanowiłam wybrać się do apteki i znaleźć coś, co pomoże mi zredukować utratę włosów. Wybrałam szampon Vichy, a dokładniej Dercos Technique. Buteleczka zawiera 200ml szamponu o dziwnym zapachu trochę przypominającym zioła, ale nie do końca. Na pierwszym miejscu składu znajduje się AQUA, a na drugim SLS czyli Sodium Laureth Sulfate. Mam bardzo wrażliwą skórę głowy, więc staram się unikać wszelkich silikonów, ale szampon nadal musi być szamponem i myć, więc no.. Jeśli chodzi o działanie to z ręką na sercu przyznaje, że naprawdę pomaga. Nie obciąża i nie wysusza skóry. Stosuję go od miesiąca i już widzę małe rezultaty. Na szczotce zostaje zdecydowanie mniej włosów. Poza tym stały się one mocniejsze i jak na razie nie pojawiły się jeszcze żadne rozdwojone końcówki. Oby tak dalej!

Teraz parę słów o głównej atrakcji notki, La Roche Posay. Od około miesiąca stosuje trzy produkty tej marki. Pierwszym z nich jest Effeclar Lotion Astrigente Micro-Exfoliante, czyli tonik zwężający pory i przeciwdziałający ich zatykaniu. Po miesiącu stosowania zauważyłam ogromną poprawę. Bardzo dobrze oczyszcza, łagodzi wszelkie podrażnienia. Poza tym nie wysusza i nie naciąga skóry co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem, bo w zapachu wyraźnie czuć alkohol. Najmniej przyjemniejszą rzeczą jest delikatne szczypanie w podrażnionych miejscach. Poza tym nie widzę żadnych innych minusów. Cena jest również całkiem przyzwoita jak na takie cudo. Drugim produkt to Effaclar A.I. Przyśpiesza on gojenie się wszelkich krostek, wyprysków i działa bakteriobójczo. Stosuje go punktowo, głównie na czole. Doskonale nadaje się pod podkład, nie powstają żadne "wałeczki".  Ma bardzo delikatny, przyjemny zapach. Po pierwszym tygodniu stosowania zauważyłam kolosalną różnicę. Śmiało mogę powiedzieć, że nareszcie znalazłam preparat na wypryski, który naprawdę działa! Ostatnią perełką jest fenomenalny Cicaplast. Krem przyśpiesza regenerację naskórka. Idealnie nadaje się do mojej wysuszonej skóry z tendencją do częstego pojawiania się krostek. Te trzy produkty na stałe zadomowiły się w mojej codziennej, porannej i wieczornej rutynie. Co do kremów, to stosuje je na zmianę- rano Effaclar A.I a wieczorem Cicaplast. 


Znacie moich ulubieńców? Jeśli tak, to co o nich sądzicie? Jakie produkty zostały Waszymi ulubieńcami listopada? Dajcie znać! :)

wtorek, 11 listopada 2014

Sint Maartensfeest, czyli Holenderski Halloween

Nie wiem, czy jeszcze pamiętacie o moim istnieniu, bo dawno mnie tu nie było. Poprzednim razem obiecałam systematyczność- znowu nic z tego nie wyszło. Nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele obowiązków wiąże się ze szkołą. Przed chwilą zakończył się tydzień testów i myślałam, że w końcu będę miała chwilę na złapanie oddechu. Niestety się myliłam i dlatego dopiero teraz publikuje ten post. Niedawno Amerykanie (zresztą nie tylko oni) obchodzili dla nich jedno z najpopularniejszych świąt zaraz po Świętach Bożego Narodzenia, mianowicie Halloween. W Holandii ten zwyczaj nie jest aż tak popularny, jednak 11 listopada obchodzimy Sint Maartensfeest, czyli Dzień Świętego Marcina. Przed przeprowadzką do Niderlandów nigdy nie obchodziłam tego święta, więc nie mam pojęcia jak wygląda jego Polska wersja. Tutejszy Dzień Świętego Marcina można porównać do ubogiej wersji Halloween. Może zacznę od przygotowań. Mniej więcej w połowie października sklepy zostają zasypane kostiumami, lampionami, dekoracjami i innymi bzdetami związanymi z Amerykańską tradycją. W sumie to nie wiem w jakim celu sprzedawane są te akcesoria, bo w Holandii rzadko kto dekoruje domy na tę okazje, a jeśli już dekoruje to ogranicza się do lampionu, ewentualnie dyni wystawionej przed drzwi. Podstawowym Halloweenowym zwyczajem w USA lub UK jest trick or treating, czyli cukierek albo psikus. Tutaj wygląda to trochę inaczej. Wieczorem dzieciaki chodzą od domu do domu z lampionem i koszyczkiem na słodycze, ale muszą się trochę wysilić aby cokolwiek dostać. Gdy mieszkaniec danego domu otworzy drzwi, dzieci zaczynają śpiewać krótkie piosenki o Sint Maartenfeest (najczęściej ). Po wysłuchaniu gospodarz częstuje śmiałków słodkościami. No właśnie, bo poza dekoracjami do sklepów trafiają przeróżne pakiety ze słodyczami przeznaczonymi dla małych wędrowców, którzy chodzą od domu do domu z nadzieją, że tym razem dostaną coś, czego dotychczas nie mieli. Ze swojego doświadczenia sprzed paru lat wiem, że najczęściej dostaje się żelki lub typowo Holenderskie, anyżowe cukierki tzw. drop. Dzień Świętego Marcina obchodzą zazwyczaj dzieci do 12-13 lat, czyli do czasu pójścia do szkoły średniej. Starsze osoby uważają to za zbyt dziecinne, i nie biorą w tym już udziału. Tak było też ze mną. Teraz to ja jestem osobą, która 11 listopada ogląda dziesiątki występów dzieciaków i rozdaje masę słodyczy. A czy Wy obchodzicie dzień Świętego Marcina? Jeśli tak, to jak on u Was wygląda? Chcielibyście aby Halloween stał się nową, Polską tradycją?









niedziela, 12 października 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii

Hej! Po trzydniowej walce z anginą wracam do żywych i jednocześnie rozpoczynam długo oczekiwane wakacje jesienne. Co prawda będą trwać tylko tydzień, ale to zawsze coś i idealnie nadadzą się do maksymalnego naładowania baterii na kolejne dwa miesiące, oraz na porządne przygotowanie do pierwszego w tym roku tygodnia testów. Dobra, oderwijmy się choć na chwilę od edukacji i przejdźmy do czegoś przyjemniejszego. Czy zastanawialiście się kiedyś, co może Was zaskoczyć w obcych krajach? Język, zwyczaje a może zachowanie tamtejszych mieszkańców? W dzisiejszym poście opowiem Wam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Zapraszam!

1. Język
Gdy pierwszy raz odwiedziłam Holandię byłam małą dziewczynką z jeszcze mniejszą wiedzą o krajach dalekiego zachodu. Przez długie lata myślałam, że Holendrzy posługują się językiem Angielskim, jednak rzeczywistość okazała się trochę inna. Dziwna, harcząca barwa głosu przechodniów na ulicach Amsterdamu od razu obiła mi się o uszy. Wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedyś będę płynnie mówić w języku Niderlandzkim. Ach, popatrzcie jak to życie potrafi spłatać figle.. 

2. Luźny styl życia
W sumie to nie wiem czy nie lepszym określeniem byłoby po prostu "niechlujność." Spotkanie osób, które wychodzą na zewnątrz w takim samym stanie jak tuż po wstaniu z łóżka nie robi na mnie już większego wrażenia. Parodniowa, przepocona koszulka i nieświeży oddech są tu na porządku dziennym. Kolejnym, bardzo częstym, wręcz smutnym widokiem są osoby, które bez skrępowania bekają na głos, puszczają bąki lub dłubią w nosie. Teraz coś o higienie rąk. Już nie raz spotkałam się w szkole z osobami, które po skorzystaniu z toalety nie myją rąk, no bo "po co?" (oczywiście nie dotyczy to całego narodu.) Reasumując, Holendrzy prowadzą bardzo luźny styl życia, ale czy nie jest on przypadkiem za luźny? 

3. Architektura
Tutejsza architektura zdecydowanie różni się od Polskiej. Charakterystyczną cechą dla Holenderskich budowli jest kostka. Praktycznie wszystkie domy, zarówno te stare jak i nowe zostały zbudowane z tego materiału. W centrum Amsterdamu odnosi się wrażenie, że albo to my jesteś pod wpływem środka odurzającego, albo to architekt był na haju. Tamtejsze domy są krzywe. Jedne wychylone do przodu, inne w bok. Abstrakcyjne, kolorowe domki z oknami na całą ścianę sprawiają, że na chwilę przenosisz się do innego wymiaru. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba po prostu zobaczyć.



1. Damplein, czyli główny plac w Amsterdamie z góry.
2. Amsterdamska kamieniczka z powieści "The Fault In Our Stars" Johna Greena w której mieszkał pisarz Peter van Houten.
3. Jedna z wielu uliczek w Amsterdamie.

4. Krajobraz
Jako dziecko nie ma się pojęcia o krajobrazach krajów Europy. Tak było też ze mną. Nie wiedziałam, że Holandia jest tak płaskim krajem. Nie ma tu pagórków, górek, czegokolwiek co odstaje od powierzchni na choćby metr. Mam wrażenie, że większość kraju to pola i łąki, na których pasą się krowy i barany. Najsłynniejsze z Holenderskich krajobrazów to pola tulipanów oraz rejony upraw ogrodniczych. Równie charakterystycznym elementem krajobrazu są rozległe szklarnie, w których uprawia się warzywa, kwiaty i owoce. Poza tym, często można spotkać wiatraki- stare, które kiedyś wypompowywały wodę i nowe, dostarczające energię elektryczną.

5. Kanały
Wszędzie woda! Przed przyjazdem do Holandii nigdy nie widziałam tylu kanałów wodnych. W Polsce mamy głównie rzeki, i na tym się kończy. Tu jest na odwrót. Na każdej ulicy, w każdym parku znajdziemy kanał, mały lub duży. W centrum miast stoją wysokie, stare kamienice, pomiędzy nimi wąskie uliczki, a wzdłuż nich kanały wypełnione łódkami. Jeśli chodzi o Amsterdamskie kanały, jest ich ponad 160. To własnie one czynią stolice Holandii unikalną w świecie.



Do napisania dzisiejszego posta zmotywowała mnie moja koleżanka, Kasia, której serdecznie dziękuję za podesłanie tematyki. A czy Wy byliście kiedyś w Holandii? Jeśli tak, to jakie rzeczy najbardziej przykuły Waszą uwagę?

środa, 8 października 2014

BACK TO SCHOOL: Haul

Hej! Pierwszy miesiąc szkoły już za nami, zaczyna się prawdziwa nauka, czyli kompletny brak wolnego czasu. Przez ten tydzień ani razu nie wyciągnęłam ręki w stronę laptopa i tym bardziej nie pomyślałam o napisaniu nowego posta.  I'm sorry, I really am. W każdym razie, dzisiaj przychodzę do Was z kontynuacją serii "Back To School." W drugiej części pragnę zaprezentować Wam mój haul szkolny, czyli niezbędne artykuły szkolne do Holenderskiego liceum. Zapraszam do czytania!


Na powyższym zdjęciu widzicie tzw. overview produktów, które kupiłam. 


Pierwszymi elementami haulu są zeszyty marki Oxford. 80- kartkowy blok w linię formatu A4 ze śnieżnobiałym, idealnie gładkim papierem. Kupiłam je w sklepie V&D, czyli w Holenderskim odpowiedniku Empiku. Promocyjna cena za 3 zeszyty to 7 euro.


Następnym punktem na mojej haulowej liście są zwykłe zeszyty A5. Do przedmiotów ścisłych używamy zeszytów w kratkę 1x1cm. 


Natomiast do przedmiotów humanistycznych używamy zwykłych zeszytów w linie. Teraz coś niezwykłego: W Holenderskich zeszytach margines znajduje się na początku strony, a nie na końcu! Moim zdaniem jest to bardzo wygodne, ponieważ podczas pisania dłuższego tekstu nie musimy ciągle zmieniać linijki. Cena za pakiet 3 zeszytów zarówno w kratkę- jak i w linię wynosi coś ok. 3 euro.


Kalendarz: Zwykły kalendarz ze skromnym designem, pochodzi ze sklepu HEMA. Spełnia moje wszystkie wymogi (m.i rozmiar i dobrze zagospodarowane strony.) Jak na tak niską cenę, bo tylko 4 euro, sprawdza się znakomicie. :)


Poniżej widzicie dokładne daty rozpoczęcia i zakończenia wakacji, oraz daty ważnych dni takich jak np. Święta Bożego Narodzenia. 


Bardzo ciekawym elementem jest ta plastikowa zakładka, która może również służyć jako linijka. 


Kolejnym przedmiotem z moich szkolnych zakupów jest piórnik marki Eastpak. Model Eastpak Benchmark Sunday Grey zapinany na suwak. Bardzo pojemny i przede wszystkim poręczny. Kupiłam go w V&D, za bodajże 9 euro.


A teraz jego zawartość: Stwierdziłam, że pokaże Wam tylko te najważniejsze i zarazem najczęściej używane rzeczy. Zakreślacze Stabilo (dwa pozostałe kolory niestety gdzieś się zapodziały) czerwony długopis BIC, ołówek 2H Faber Castel, długopis, cienkopis, cyrkiel, korektor i ekierkę kupiłam w HEMA.


Następną zdobyczą jest snelhechter. Nigdy nie spotkałam się z tym w Polsce, dlatego trudno dobrać mi jakiekolwiek określenie do tego przedmiotu. W każdym razie, jest to coś pomiędzy teczką a plastikowym segregatorem do którego można dokupić kartki A4. Snelhechtery są naprawdę niezbędne, a że nauczyciele często zapominają o zwrocie, nigdy nie ma się ich za dużo. Te akurat kupiłam w V&D. Cena: 0,99ct za sztukę.



Ostatnim przedmiotem mojego szkolnego haulu jest zwykła, akrylowa teczka. Trzymam w niej prawie wszystkie kartki które dostaje na lekcjach, notatki, sprawdziany. Taka zwykła a zarazem bardzo przydatna rzecz. Kupiłam ją w HEMA za ok. 2 euro.



I tak oto doszliśmy do końca tego posta. Jeszcze raz bardzo przepraszam za zwłokę. Chęci do blogowania są i to ogromne, ale brak czasu mnie wykańcza! No nic, mam nadzieję, że niedługo wszystko się jakoś ustabilizuje i posty będą publikowane regularnie. Dziękuję za wszystkie dotychczasowe komentarze. Każdy z nich wiele dla mnie znaczy. Tymczasem ja zmykam do pracy nad kolejną notką. Do zobaczenia wkrótce! :)

wtorek, 27 maja 2014

Kingdom of the Netherlands: First impression

Cześć! Tak jak już pisałam w poprzednim poście, główną tematyką tego bloga jest Holandia. Dlatego też dzisiaj wprowadzę Was w tzw. Niderlandzkie klimaty.
Od 2010 roku mieszkam w Holandii. Przedtem wielokrotnie spędzałam tu wakacje i święta. Jest to kraj słynący głównie z rowerów, tulipanów, sera oraz legalnych narkotyków (np. marihuana, hasz, grzyby psychodeliczne). Gdy pierwszy raz znalazłam się w Holandii, a dokładniej w Amsterdamie, pomyślałam sobie "czy ja przeniosłam się o sto lat do tyłu?" a to wszystko przez architekturę, która zdecydowanie różni się od Polskiej. Ulice wypełnione są starymi kamienicami, najczęściej wykonanymi z brązowo-czerwonych cegieł, stojącymi wzdłuż nabrzeży. W niektórych miejscach można poczuć się jak w Wenecji, ale przecież to nic dziwnego gdy mamy do czynienia z krajem kanałów. Niderlandy są rajem dla osób preferujących używki. Praktycznie w każdym większym mieście Holandii działa parę coffeeshopów i przynajmniej jeden smartshop. Coffeshop to lokal w których można legalnie zakupić i skonsumować marihuanę lub haszysz. Podobnie jak puby i kawiarnie, są popularnym miejscem spotkań towarzyskich, głównie wśród osób zażywających dostępne w nich środku odurzające. Z kolei Smart Shop to nic innego, jak sklep w którym legalnie można nabyć środki psychodeliczne. Głównie są to grzybki halucynogenne, LSD, jointy, nasiona marihuany lub po prostu przetwory spożywcze z haszem w roli głównej. Zaznaczam, że wstęp do obu miejsc jest dozwolony od lat 18 (tak, sprawdzają dokumenty). Tak jak już wcześniej mówiłam, Holandia słynie również z tulipanów. W północnej części kraju figuruje wiele firm zajmujących się plantacją właśnie tych kwiatów, co można zauważyć w okresie kwitnięcia, a dokładniej w kwietniu i maju. Kilometrowe pola wypełnione są roślinami w kolorze żółtym, czerwony i różowym. Widok nie do opisania, który trzeba zobaczyć na żywo aby zrozumieć moją fascynacje. To samo dotyczy sera. Co roku w mieście Alkmaar, od 4 kwietnia do 5 września, w każdy piątek organizowany jest Kaasmarkt, czyli nic innego niż targ serów, ale o tym opowiem Wam innym razem, bo jest to temat dla którego warto poświęcić oddzielny post. A tak swoją drogą, czy zastanawialiście się kiedykolwiek czym byłoby królestwo Niderlandów bez rowerów?  No własnie, przecież rowery są częścią najlepszych środków transportu w Holandii. To chyba jedyny środek lokomocji, który bez problemów potrafi sobie poradzić w bardzo wąskich uliczkach dużych miast przeciskając się między kanałami. Ponad 85% mieszkańców kraju posiada jeden rower, a każde domostwo ma przynajmniej trzy rowery. 18 milionów rowerów oznacza, że jest ich znacznie więcej niż mieszkańców. W Holandii nie ma nieodpowiedniego stroju na rower. Pani w bardzo wysokich szpilkach w spódniczce ledwo zakrywającej pośladki jadącą na randkę, prezes dużej firm pedałuje w garniturze na spotkanie biznesowe z kuferkiem na bagażniku. Na ulicach często można spotkać kobiety, które przewożą swoje gromadki dzieci w fotelikach na kierownicy lub na bagażniku. Z kolei ktoś inny wraca z zakupów z wielkimi siatami zawieszonymi na kierownicy. To samo dotyczy pór roku. Rower jest idealny na każdą pogodę. Czy jest to lato, czy zima- rowerzystów spotyka się zawsze. Infrastruktura rowerowa jest perfekcyjna. Wyznaczono ponad 15 tys. km tras rowerowych. Na każdej ścieżce, dróżce polnej, ulicy są wydzielone pasy ruchu dla jednośladów, osobne światła i przejścia. Osoby które odwiedzają Holandię powinny pamiętać, że rowerzysta jest tu traktowany jak "święta krowa". W kolizji między rowerem a samochodem wina zawsze będzie po strony kierowcy samochodu. Po przeczytaniu tych paru linijek chyba nie muszę tłumaczyć, dlaczego już podczas mojego pierwszego pobytu w kraju nabyłam rower? :) Przytaczając do mojego pierwszego pobytu: W pierwsze wczasy w Holandii odwiedziłam między innymi muzeum figur woskowych Madame Tussauds w Amsterdamie gdzie "poznałam" światowe sławy takie jak Angelina Jolie, Brad Pitt, Barack Obama i nawet Albert Einstein. Kolejne miejsca którymi do tej pory jestem zachwycona to Delfinarium w miejscowości Harderwijk, park rozrywki Walibi World (aktualna nazwa to Walibi Holland) oraz jedna z największych plaż nad morzem północnym znajdującą się w miasteczku Bergen aan Zee. Obiecuję Wam, że z czasem znowu odwiedzę przynajmniej połowę z powyżej wymienionych miejsc, i na pewno zdam dokładną (foto) relację na blogu. 
Na dzisiaj to tyle. Myślę, że opowiedziałam o prawie wszystkich elementach kulturowego krajobrazu Holandii. Mam nadzieję, że podoba Wam się początek mojego bloga. Każde wejście, każdy komentarz, wszelkie opinie i uwagi mają dla mnie naprawdę duże znaczenie, dziękuję! xo

Karolina