Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travelling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą travelling. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2015

Podsumowanie roku 2014

Witajcie. Tydzień temu wróciłam z dalekiej, dawno zapomnianej Lubelszczyzny i aktualnie leżę w moim osobistym łóżku. Święta spędzone we wspaniałym, rodzinnym gronie mam już za sobą, Sylwestrową zabawę również. Leżę i staram się przypomnieć sobie każde wydarzenie z tego roku. 2014 należy do jednych z najlepszych lat, zdecydowanie najlepszych. Był to rok spełnionych postanowień noworocznych i jednocześnie rok spełnionych marzeń. Oczywiście nie udało mi zrealizować się moich wszystkich planów, ale większą większość, co bardzo mnie cieszy. Rozpoczęłam ten rok tak jak każdy inny, z wielką nadzieją, że będzie inny od poprzednich, wyjątkowy. Postawiłam sobie dwa największe wyzwania. Pierwszym z nich była utrata zbędnych centymetrów. Od dawna walczę o wymarzoną, umięśnioną sylwetkę. Gdy 31 grudnia ubiegłego roku postawiłam sobie to wyzwanie nie myślałam, że uda mi się cokolwiek zmienić, jednak byłam pełna determinacji i zaczęłam działać. Styczeń, luty, marzec i początek kwietnia były miesiącami sukcesu. Wprowadziłam do swojego życia wielkie zmiany. Przeszłam na zdrową dietę. I nie mówię tutaj o odżywianiu się pod okiem dietetyka, ale o wyeliminowaniu niezdrowych produktów. Moją największą pokusą i jednocześnie wrogiem są słodycze i fastfoody. W niektórych momentach to jedzenie mogłoby dla mnie nie istnieć, ale bywało też tak, że brałam jedno amerykańskie ciasteczko i kończyło się to na zjedzeniu całej paczki. We wrześniu wróciłam do gry. Zaczęłam systematycznie jeść, biegać, ćwiczyć. Walczyłam przez cały czas. Czasem więcej, czasem mniej. Gdybym w kwietniu się nie rozchorowała i nie przerwała systematycznych ćwiczeń na pewno byłabym teraz w lepszej formie, jednak nie narzekam, bo udało mi się naprawdę wiele zmienić, co mnie niezmiernie cieszy. Moją największą motywacją był koncert Thirty Seconds To Mars na który miałam kupiony bilet meet & greet. Musiałam dobrze wyglądać na zdjęciu z idolami. Z tym wiąże się moje drugie postanowienie na 2014 rok. Od końca 2013 roku zbierałam pieniądze na wymarzone spotkanie z zespołem mojego życia. Nie wierzyłam, że kiedykolwiek do tego dojdzie. Często traciłam wiarę w siebie, ale ostatecznie się udało. 20 czerwca wyleciałam do Krakowa, gdzie po roku spotkałam się z moją twitterową przyjaciółką Jagodą.
Tak oto rozpoczęły się dwa najlepsze tygodnie mojego życia. 22 czerwca przybyłyśmy do Rybnika, gdzie spotkałam się z większością znajomych, głownie należących do Echelonu, oczywiście poznanych przez internet. Nie wiem czy kiedyś mieliście okazje tego doświadczyć, ale to najwspanialsze i jednocześnie najdziwniejsze uczucie na świecie. Wiecie, znacie się z kimś pare lat i nagle po tym czasie ta osoba staje przed Tobą. Możesz ją dotknąć, przytulić, porozmawiać z nią, tak najrealniej w świecie. Jednak najcudowniejszą rzeczą jest spotkanie swoich idoli. To uczucie jest nie do opisania. Jeśli również jesteś Echelonem to chyba wiesz o czym mówię. Serce przelewa się z radości i miłości, a do oczu napływają łzy. Łzy szczęścia.
Przed zakupem M&G miałam chwile słabości, chciałam zrezygnować, bo zaczęło do mnie docierać, że $350 czy tam 1100zł nie chodzi piechotą, ale ostatecznie kliknęłam BUY i stało się.
Z ręką na sercu przysięgam, że nie żałuje ani jednego centa wydanego na ten bilet. Żadne pieniądze
nie oddadzą tak niepowtarzalnego doświadczenia. Więc jeśli kiedykolwiek będziecie mieli szanse spotkać się ze swoimi idolami, nie zastanawiajcie się, tylko kupujcie bilety, bo pieniądze zawsze się znajdą, a okazja na spełnienie swoich marzeń nie. W cenę pakietu "Kings + Queens" było wliczone Early Entrace, czyli tak zwane szybkie wejście na stadion.
Dzięki niemu udało mi się zdobyć idealne miejsce przy samych barierkach przed wybiegiem. Miałam wspaniały widok na Jareda, wokalistę Marsów i jednocześnie zdobywce Oscara za rolę Rayon w "Dallas Buyers Club". Kolejną zaletą barierek było prawie zagwarantowane wejście na scenę na ostatniej piosence "Up In The Air". 22 czerwca spełniłam swoje 3 największe marzenia. Udało się.
Tej samej nocy wróciłyśmy do domu Jagody aby następnego dnia wylecieć do mnie, do Amsterdamu. Tu też nie mogło obyć się bez atrakcji. Na lotnisku w Krakowie miałyśmy przyjemność popilnować walizki Pana posła Jerzego Fedorowicza, znanego również z roli ojca Beatki z "Przepisu Na Życie". Miło gawędziłyśmy sobie najpierw z nim i jak się potem okazało, z większą częścią Polskiego sejmu. Z kolei na Okęciu w Warszawie spotkałyśmy reprezentacje Polski bodajże w piłkę ręczną. My to mamy szczęście, co?
Następne dni spędziłyśmy na zwiedzaniu Amsterdamu i na spełnianiu kolejnych marzeń, tym razem nie moich a Jagodzi. 25 czerwca poszłyśmy na koncert aktualnie dwóch najpopularniejszych boysbandów świata, 5 Seconds Of Summer oraz One Direction. Nie słucham ich na codzień,  ale muszę przyznać, że ich występy na żywo zrobiły na mnie ogromne wrażenie.
Resztę dni czerwca poświęciłyśmy na podróżowaniu po Holandii, między innymi do parku rozrywki Walibii Holland. Na początku lipca odebrałam raport (świadectwo) ze szkoły i tego samego dnia czekałam na Centralnym w Amsterdamie na Jana Kiepurę. Kierunek: Warszawa Centralna. Letni wiatr, późny zachód słońca i cała noc spędzona w pociągu jadącym po Niemieckich torach. Czas oficjalnie rozpocząć wakacje!
O 12:00 następnego dnia wysiadłam na drugim peronie Warszawskiego dworca centralnego gdzie czekała na mnie Kasia- kolejna wspaniała osoba poznana przez internet. To było nasze pierwsze realne spotkanie i jednocześnie moja pierwsza wizyta w stolicy po paru ładnych latach. Spędziłyśmy razem godzinę po czym ruszyłam dalej, na Lubelszczyznę. Jedyne o czym możecie marzyć po 17-to godzinnej podróży pociągiem to kąpiel i długi sen. Jednak ja miałam przed sobą kolejne 2,5 godziny w pociągu, piekielnie dusznym pociągu i zasypiającym facetem, który gwałtownie przechylał się na moje ramie, oczywiście robiąc to nieświadomie. Mimo, że ta podróż wydawała się być niekończącą się opowieścią po tych paru godzinach dotarłam na swoją ojczystą ziemię. Tak mniej więcej wygląda moje życie, wiecznie w trasie i na walizkach. Całe wakacje spędziłam w Polsce. Któregoś dnia wraz z moją przyjaciółką Zuzą znowu wybrałyśmy się do Warszawy. Zachciało im się zwiedzać, turystki pieprzone.
Najbardziej co mi z tego wyjazdu utkwiło w głowie, to dwie godziny spędzone w Złotych Tarasach na mierzeniu zwykłych czarnych Conversów w Footlockerze i ten przystojny wysoki brunet, który akurat miał swój pierwszy dzień pracy i przez ten cały pomagał mi dobrać odpowiedni rozmiar butów. Kapitalnie. W połowie sierpnia rozpoczął się mój rok szkolny. "Panie i panowie, wracamy do piekła" pomyślałam, przekraczając próg szkolnych drzwi. Pierwsze dziesiątki z Francuskiego i Niemieckiego, pierwsza jedynka z fizyki. Tak oto wróciłam do mojego monotonnego życia. Pod koniec września Chodakowska znowu stała się moim codziennym gościem, a buty do biegania znalazły stałe miejsce w mojej szafie. Wiecie, czasami trzeba się jakoś oderwać od codzienności, zresetować umysł. Wtedy lubię włożyć słuchawki w uszy i pokonać 4 czy tam 5 kilometrów. Po takim dystansie człowiek znowu zaczyna słyszeć swoje myśli i można wziąć się za naukę. Tak oto minęło 5 miesięcy. W miedzy czasie dowiedziałam się, że w 2015 czekają na mnie kolejne wyjazdy na koncerty z Jagodą, np. Włochy, a dokładniej Turyn i koncert 5 Seconds Of Summer, albo One Direction w Brukseli. Nie może mnie zabraknąć na kolejnym, tym razem Gdańskim wydarzeniu roku, czyli prawdopodobnie ostatni koncert Marsów przed dłuższą przerwą. Poza koncertami na pewno natknę się na inne, wypoczynkowe wyjazdy, ale tego dowiem się z czasem. A teraz mamy już styczeń, przed chwilą wróciłam z Polski. Parę tygodni temu znowu widziałam się z Kasią. Teraz dochodzi w pół do trzeciej nad ranem a ja zamiast spać leżę zwinięta w kulkę i pisze tego posta. No właśnie, zapomniałam wspomnieć o najważniejszym. W maju założyłam bloga. Znowu natknęła mnie wena artystyczna na pisanie kolejnej internetowej kroniki. Mam jedynie nadzieję, że ta pożyje dłużej od poprzednich.

poniedziałek, 15 grudnia 2014

Good to see you, Warsaw!

Witajcie! Przedwczoraj mój licznik w telefonie pokazywał zero, jedno wielkie zero a to oznaczało tylko jedno, nadszedł dzień wyjazdu do Polski. Żeby moja opowieść trzymała się kupy, zacznę od samego początku. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, po chwili dołączyła ciężkość głowy i jak się okazało wysoka gorączka. Załamałam się, bo nie mogłam pozwolić sobie na chorobę paręnaście godzin przed moim wyjazdem. Sięgnęłam po witaminę C i paracetamol by zbić wysoką temperaturę. Przez cały dzień leżałam. Nie miałam siły oddychać a co dopiero wstać i przebrnąć przez półtora tysiąca kilometrów. W pewnym momencie pogodziłam się już z myślą, że chyba jednak muszę się poddać, że choroba zwyciężyła. Jednak pod wieczór trochę mi ulżyło i wykorzystałam wszystkie możliwe siły na przygotowanie się do podróży. Planowałam pójść spać o 19:00, bo o 04:30 miał zadzwonić mój budzik, jednak ostatecznie spałam niecałe półtorej godziny. Po przebudzeniu nadal dokuczał mi ostry ból gardła, jednak moja temperatura ciała nie przekraczała 38. Dałam z siebie wszystko aby przetrwać. O piątej rano wsiadłam do samochodu, po czym ruszyliśmy w stronę lotniska, a dokładniej Schiphol w Amsterdamie. Szczerze mówiąc bardzo się o siebie martwiłam. Nie wyobrażałam sobie jak to wszystko będzie wyglądać. Ja z łbem jak wiadro i pięćdziesięcioprocentową świadomością tego co się dzieje wokół mnie. Bardzo obawiałam się omdlenia, na szczęście nic z tych rzeczy mi się nie przytrafiło. Droga na lotnisko zajęła nam bardzo mało czasu, bo jedyne 40 minut, ale to pewnie przez pustki na autostradzie. Na lotnisku powitały mnie pięknie dekoracje świąteczne. Wysokie choinki z jasnym oświetleniem i dużymi bombkami wręcz uśmiechały się do przechodniów. Najgorsza była odprawa. Gdy stanęłam w kolejce dostrzegłam, że przede mną stoi około sto osób. Tradycyjnie musiałam wyjąć z bagażu podręcznego wszystkie płyny oraz zdjąć kurtkę, szalik i.. buty. No cóż, najwyraźniej wprowadzili jakieś dodatkowo ostre zimowe zasady kontrolne. Po odprawie kierowałam się w stronę mojego przejścia, C13 z którego  zazwyczaj latają samoloty linii lotniczych Lot. Jeśli już kiedyś lataliście ze Schiphola do Polski to wiecie, że trasa przejście graniczne-gate C13 zajmuje 7-8 minut normalnym krokiem. Teraz się już chyba domyślacie, że to lotnisko nie należy do małych. 




Gdy dotarłam do przejścia niestety wszystkie ławki były już zajęte, więc byłam zmuszona usiąść na "parapecie" przy oknie. Przeczekałam 15 minut i otworzyli przejście. Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy latam dostaje miejsce 13A, czyli przy samym skrzydle. Na początku czekaliśmy aż wszystkie bagaże zostaną zapakowane. W drodze na pas startowy stewardesa wyjaśniła zasady bezpieczeństwa na pokładzie po czym byliśmy gotowi do startu.  Po osiągnięciu wysokości przelotowej mieliśmy możliwość ze skorzystania z pokładowego, płatnego serwisu. W mniej więcej połowie lotu każdy pasażer otrzymał DARMOWĄ szklankę wody mineralnej i Prince Polo o wielkości 1/3 normalnej wersji wafla. *śmiech* Oczywiście nadal można było nabyć ciepłe napoje, ale jak sobie pomyśle, że miałabym wydać 8zł na malutki kubeczek herbaty to mi się jej odechciewa. 

 
Ogólnie rzecz biorąc lot trwał niecałe półtorej godziny i był całkiem dobry, pomijając częste mini-turbulencje przez silny wiatr, który na szczęście wiał nam w plecy. Po godzinie lotu niebo zaczęło się rozjaśniać. Nad Niemcami wschodziło słońce. Chciałam nagrać ten piękny widok, ale bateria poległa. Uroki kręcenia vlogów telefonem.. Podczas zmiany wysokości przedzieraliśmy się przez białe chmury. W jednej chwili z promiennej atmosfery znaleźliśmy się w szarym, ponurym świecie. Po wylądowaniu spędziłam jeszcze poł godziny przy lotniskowym gniazdku kontaktowym, tak aby moja Galaxa trochę ożyła. W między czasie czułam, że gorączka znowu mnie atakuje, więc sięgnęłam po kolejną tabletkę paracetamolu. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o chorobie i się udało. Złapałam 175 i ruszyłam do Centrum Warszawy.


Pierwszy raz w życiu jechałam sama z lotniska do centrum stolicy, gdzie po 5 miesiącach spotkałam się z moim kosmetycznym ekspertem- Kasią. Miło spędziłyśmy czas na długiej pogawędce i najważniejszym,   zakupach! Odwiedziłyśmy między innymi MAC, Bath&BodyWorks i Hebe. No właśnie, Hebe! Pierwszy raz w życiu zrobiłam zakupy w tej drogerii. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam i z tego co wiem, to u mnie w Holandii jej nie ma, ale myślę, że podczas mojego pobytu w Polsce na pewno ją jeszcze odwiedzę. Ta sama historia z B&BW. W całej Holandii nie ma ani jednego punktu tej marki. Urzekły mnie zapachy ich świeczek, a zwłaszcza Merry Cookie. Nie mogłam się mu oprzeć, zwłaszcza, że 3 świeczki były w cenie 2. Kapitalnie!



Wypad do Warszawy nie mógłby być uznany za udany gdybyśmy nie zahaczyły o najbardziej hipsterską kawiarnię świata, Starbucks. Pierwszy raz spróbowałam Gingerbread latte i muszę przyznać, że jest przepyszna a w gronie wspaniałych znajomych smakuje jeszcze lepiej. Mniam! Przy okazji wymieniłyśmy się prezentami świątecznymi. Podarowałam Kasi książkę Zoelli "Girl Online",  która miała niedawno swoją premierę. Z kolei ja dostałam wiele przewspaniałych rzeczy o których opowiem w poście z Warszawskiego haulu. O 12:55 na peron 2 wjechał mój pociąg jadący do Lublina, czyli terenu z którego pochodzę. Szkoda, że nasze spotkanie trwało tak krótko. Mam nadzieję, że następnym razem będziemy miały dużo więcej czasu na babskie pogaduchy.


Tak oto prezentuje się piewsza świąteczna notka. Jak Wam się podoba? Swoją drogą, wydaje mi się, że zebrałam wystarczająco materiału na mini-vloga, ale nie mam zielonego pojęcia kiedy go opublikuje, bo niestety nie miałam możliwości wzięcia ze sobą swojego laptopa.

wtorek, 25 listopada 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii #2

Witam Was serdecznie. Jakiś czas temu napisałam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Ze względu na to, że post Wam się spodobał, postanowiłam zrobić serie i w każdej części opowiadać o pięciu kolejnych rzeczach. Tym razem skupiłam się na wariantach związanych z domem i jego wnętrzem. Podkreślam, że poniżej opisane rzeczy pochodzą z moich obserwacji i mogą się różnić od domów w innych prowincjach! :)

1. Rijtjeshuis
Typowe miejskie domy Holenderskie to rijtjeshuis, czyli szeregowce. Praktycznie na każdej ulicy takie znajdziemy. Czy jest to centrum Amsterdamu, czy wieś w szczerym polu- są naprawdę wszędzie. Na nowych osiedlach budowane są one w nowoczesnym stylu, jednak architekci nadal podtrzymują tradycje budowania domów z czerwonej lub brązowej kostki. Nie są one otynkowane. Ponadto w każdym z nich znajdziemy identyczne ustawienie pomieszczeń. Czasem żartujemy sobie z mamą, że jakby ktoś się mocno upił to nie trafiłby do siebie do domu, bo wszystkie wyglądają tak samo. ;-)

2. Drzwi z oknami 
Zacznę od najdziwniejszej i jednocześnie najczęściej spotykanej rzeczy w Holanderskich domach- drzwi. Wszystko byłoby w normie gdyby nie fakt, że te drzwi mierzą ok. 3-3,5m. No dobrze, samą wysokość jeszcze jestem w stanie zrozumieć, ponieważ mamy tu bardzo wysokie sufity. Poza tym, Holendrzy nie należą do najniższych osób, ale dlaczego ściana nad drzwiami nie jest zamurowana?! W Polsce ta powierzchnia zostaje zabudowana, a tutaj wstawiają w to miejsce.. okna! Okno nad drzwiami, dacie wiarę? Moim zdaniem jest to najgłupszą rzeczą w tutejszym budownictwie. Wyobraźcie sobie, wracacie w nocy do domu i nie chcecie nikogo zbudzić, ale musicie zapalić światło, bo inaczej zabijecie się na stromych schodach. Promienie żarówki przedzierają się przez okienko do wszystkich pomieszczeń na piętrze przez co budzą domowników. Więc jeśli mieszkacie w Holandii i jesteście właścicielami normalnych drzwi powinniście się z nich bardzo cieszyć!


3. Okna
Kolejną sprawą są okna. W tutejszych domach, a przynajmniej w większości wbudowane są takie same okna jak te w moim. W pomieszczeniach typu kuchnia znajdują się okna na całą ścianę. Jednak są one podzielone na dwie części. Pierwsza, zazwyczaj ta większa, jest wbudowana na stałe. Nie da się jej otworzyć. Z kolei drugą część można otwierać, ale jej 'ruchy koordynacyjne' są ograniczone do otwierania i zamykania. Okna otwierają się na zewnątrz. Szerokość otwarcia reguluje się dzięki metalowej rączce z okrągłymi otworami. Nie ma możliwości uchylenia okna do góry. Ponadto, na każdym oknie znajdują się dwie klamki zamykane na klucz. Jedynym plusem do tego niepraktycznego wynalazku są wietrzniki zamieszczone nad szybą. Dzięki nim życie staje się odrobinę łatwiejsze.



4. Strome schody
Czym byłby Holenderski dom bez stromych schodów? Prawie każdy dom w Niderlandach ma minimalnie jedno piętro. Aby się na nie dostać trzeba wejść po schodach.. ale nie takich zwykłych schodach. Tutejsze schody można porównać do tych w Angielskich domach. Są wysokie, strome i małe. Niektóre z moich koleżanek nie mają na przykład poręczy. Wtedy to już naprawdę katastrofa. Na szczęście architekci moich czterech kątów kierowali się w stronę nowoczesnej wersji typowo Holenderskiego domu, dzięki czemu mam normalne schody z których da się normalnie korzystać.


5. Ogródki
Mimo, że Holandia jest dość małym krajem, do prawie każdego domu jest dołączony ogródek z dużym domkiem narzędziowym. Obszar przeciętnego ogródka to 40m2. Bez problemu zmieścimy w nim meble ogrodowe, trampolinę i huśtawkę (przynajmniej mi się udało). Moim zdaniem takie zagospodarowanie posiadłości za domem jest idealne dla mieszkańców miast, którzy chcieliby zaprosić znajomych i zorganizować grilla lub choć na chwilę przenieść w cichy zakątek na świeżym powietrzu.

A czy Wy mieliście kiedykolwiek okazję być w Holenderskim domu? Jeśli tak, to jakie rzeczy przykuły Waszą uwagę?

niedziela, 12 października 2014

5 rzeczy, które zaskoczyły mnie w Holandii

Hej! Po trzydniowej walce z anginą wracam do żywych i jednocześnie rozpoczynam długo oczekiwane wakacje jesienne. Co prawda będą trwać tylko tydzień, ale to zawsze coś i idealnie nadadzą się do maksymalnego naładowania baterii na kolejne dwa miesiące, oraz na porządne przygotowanie do pierwszego w tym roku tygodnia testów. Dobra, oderwijmy się choć na chwilę od edukacji i przejdźmy do czegoś przyjemniejszego. Czy zastanawialiście się kiedyś, co może Was zaskoczyć w obcych krajach? Język, zwyczaje a może zachowanie tamtejszych mieszkańców? W dzisiejszym poście opowiem Wam o 5 rzeczach, które zaskoczyły mnie w Holandii. Zapraszam!

1. Język
Gdy pierwszy raz odwiedziłam Holandię byłam małą dziewczynką z jeszcze mniejszą wiedzą o krajach dalekiego zachodu. Przez długie lata myślałam, że Holendrzy posługują się językiem Angielskim, jednak rzeczywistość okazała się trochę inna. Dziwna, harcząca barwa głosu przechodniów na ulicach Amsterdamu od razu obiła mi się o uszy. Wtedy nie przyszło mi nawet do głowy, że kiedyś będę płynnie mówić w języku Niderlandzkim. Ach, popatrzcie jak to życie potrafi spłatać figle.. 

2. Luźny styl życia
W sumie to nie wiem czy nie lepszym określeniem byłoby po prostu "niechlujność." Spotkanie osób, które wychodzą na zewnątrz w takim samym stanie jak tuż po wstaniu z łóżka nie robi na mnie już większego wrażenia. Parodniowa, przepocona koszulka i nieświeży oddech są tu na porządku dziennym. Kolejnym, bardzo częstym, wręcz smutnym widokiem są osoby, które bez skrępowania bekają na głos, puszczają bąki lub dłubią w nosie. Teraz coś o higienie rąk. Już nie raz spotkałam się w szkole z osobami, które po skorzystaniu z toalety nie myją rąk, no bo "po co?" (oczywiście nie dotyczy to całego narodu.) Reasumując, Holendrzy prowadzą bardzo luźny styl życia, ale czy nie jest on przypadkiem za luźny? 

3. Architektura
Tutejsza architektura zdecydowanie różni się od Polskiej. Charakterystyczną cechą dla Holenderskich budowli jest kostka. Praktycznie wszystkie domy, zarówno te stare jak i nowe zostały zbudowane z tego materiału. W centrum Amsterdamu odnosi się wrażenie, że albo to my jesteś pod wpływem środka odurzającego, albo to architekt był na haju. Tamtejsze domy są krzywe. Jedne wychylone do przodu, inne w bok. Abstrakcyjne, kolorowe domki z oknami na całą ścianę sprawiają, że na chwilę przenosisz się do innego wymiaru. Tego nie da się opisać słowami, to trzeba po prostu zobaczyć.



1. Damplein, czyli główny plac w Amsterdamie z góry.
2. Amsterdamska kamieniczka z powieści "The Fault In Our Stars" Johna Greena w której mieszkał pisarz Peter van Houten.
3. Jedna z wielu uliczek w Amsterdamie.

4. Krajobraz
Jako dziecko nie ma się pojęcia o krajobrazach krajów Europy. Tak było też ze mną. Nie wiedziałam, że Holandia jest tak płaskim krajem. Nie ma tu pagórków, górek, czegokolwiek co odstaje od powierzchni na choćby metr. Mam wrażenie, że większość kraju to pola i łąki, na których pasą się krowy i barany. Najsłynniejsze z Holenderskich krajobrazów to pola tulipanów oraz rejony upraw ogrodniczych. Równie charakterystycznym elementem krajobrazu są rozległe szklarnie, w których uprawia się warzywa, kwiaty i owoce. Poza tym, często można spotkać wiatraki- stare, które kiedyś wypompowywały wodę i nowe, dostarczające energię elektryczną.

5. Kanały
Wszędzie woda! Przed przyjazdem do Holandii nigdy nie widziałam tylu kanałów wodnych. W Polsce mamy głównie rzeki, i na tym się kończy. Tu jest na odwrót. Na każdej ulicy, w każdym parku znajdziemy kanał, mały lub duży. W centrum miast stoją wysokie, stare kamienice, pomiędzy nimi wąskie uliczki, a wzdłuż nich kanały wypełnione łódkami. Jeśli chodzi o Amsterdamskie kanały, jest ich ponad 160. To własnie one czynią stolice Holandii unikalną w świecie.



Do napisania dzisiejszego posta zmotywowała mnie moja koleżanka, Kasia, której serdecznie dziękuję za podesłanie tematyki. A czy Wy byliście kiedyś w Holandii? Jeśli tak, to jakie rzeczy najbardziej przykuły Waszą uwagę?