poniedziałek, 15 grudnia 2014

Good to see you, Warsaw!

Witajcie! Przedwczoraj mój licznik w telefonie pokazywał zero, jedno wielkie zero a to oznaczało tylko jedno, nadszedł dzień wyjazdu do Polski. Żeby moja opowieść trzymała się kupy, zacznę od samego początku. W piątek obudziłam się z okropnym bólem gardła, po chwili dołączyła ciężkość głowy i jak się okazało wysoka gorączka. Załamałam się, bo nie mogłam pozwolić sobie na chorobę paręnaście godzin przed moim wyjazdem. Sięgnęłam po witaminę C i paracetamol by zbić wysoką temperaturę. Przez cały dzień leżałam. Nie miałam siły oddychać a co dopiero wstać i przebrnąć przez półtora tysiąca kilometrów. W pewnym momencie pogodziłam się już z myślą, że chyba jednak muszę się poddać, że choroba zwyciężyła. Jednak pod wieczór trochę mi ulżyło i wykorzystałam wszystkie możliwe siły na przygotowanie się do podróży. Planowałam pójść spać o 19:00, bo o 04:30 miał zadzwonić mój budzik, jednak ostatecznie spałam niecałe półtorej godziny. Po przebudzeniu nadal dokuczał mi ostry ból gardła, jednak moja temperatura ciała nie przekraczała 38. Dałam z siebie wszystko aby przetrwać. O piątej rano wsiadłam do samochodu, po czym ruszyliśmy w stronę lotniska, a dokładniej Schiphol w Amsterdamie. Szczerze mówiąc bardzo się o siebie martwiłam. Nie wyobrażałam sobie jak to wszystko będzie wyglądać. Ja z łbem jak wiadro i pięćdziesięcioprocentową świadomością tego co się dzieje wokół mnie. Bardzo obawiałam się omdlenia, na szczęście nic z tych rzeczy mi się nie przytrafiło. Droga na lotnisko zajęła nam bardzo mało czasu, bo jedyne 40 minut, ale to pewnie przez pustki na autostradzie. Na lotnisku powitały mnie pięknie dekoracje świąteczne. Wysokie choinki z jasnym oświetleniem i dużymi bombkami wręcz uśmiechały się do przechodniów. Najgorsza była odprawa. Gdy stanęłam w kolejce dostrzegłam, że przede mną stoi około sto osób. Tradycyjnie musiałam wyjąć z bagażu podręcznego wszystkie płyny oraz zdjąć kurtkę, szalik i.. buty. No cóż, najwyraźniej wprowadzili jakieś dodatkowo ostre zimowe zasady kontrolne. Po odprawie kierowałam się w stronę mojego przejścia, C13 z którego  zazwyczaj latają samoloty linii lotniczych Lot. Jeśli już kiedyś lataliście ze Schiphola do Polski to wiecie, że trasa przejście graniczne-gate C13 zajmuje 7-8 minut normalnym krokiem. Teraz się już chyba domyślacie, że to lotnisko nie należy do małych. 




Gdy dotarłam do przejścia niestety wszystkie ławki były już zajęte, więc byłam zmuszona usiąść na "parapecie" przy oknie. Przeczekałam 15 minut i otworzyli przejście. Nie wiem jak to się dzieje, ale za każdym razem gdy latam dostaje miejsce 13A, czyli przy samym skrzydle. Na początku czekaliśmy aż wszystkie bagaże zostaną zapakowane. W drodze na pas startowy stewardesa wyjaśniła zasady bezpieczeństwa na pokładzie po czym byliśmy gotowi do startu.  Po osiągnięciu wysokości przelotowej mieliśmy możliwość ze skorzystania z pokładowego, płatnego serwisu. W mniej więcej połowie lotu każdy pasażer otrzymał DARMOWĄ szklankę wody mineralnej i Prince Polo o wielkości 1/3 normalnej wersji wafla. *śmiech* Oczywiście nadal można było nabyć ciepłe napoje, ale jak sobie pomyśle, że miałabym wydać 8zł na malutki kubeczek herbaty to mi się jej odechciewa. 

 
Ogólnie rzecz biorąc lot trwał niecałe półtorej godziny i był całkiem dobry, pomijając częste mini-turbulencje przez silny wiatr, który na szczęście wiał nam w plecy. Po godzinie lotu niebo zaczęło się rozjaśniać. Nad Niemcami wschodziło słońce. Chciałam nagrać ten piękny widok, ale bateria poległa. Uroki kręcenia vlogów telefonem.. Podczas zmiany wysokości przedzieraliśmy się przez białe chmury. W jednej chwili z promiennej atmosfery znaleźliśmy się w szarym, ponurym świecie. Po wylądowaniu spędziłam jeszcze poł godziny przy lotniskowym gniazdku kontaktowym, tak aby moja Galaxa trochę ożyła. W między czasie czułam, że gorączka znowu mnie atakuje, więc sięgnęłam po kolejną tabletkę paracetamolu. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o chorobie i się udało. Złapałam 175 i ruszyłam do Centrum Warszawy.


Pierwszy raz w życiu jechałam sama z lotniska do centrum stolicy, gdzie po 5 miesiącach spotkałam się z moim kosmetycznym ekspertem- Kasią. Miło spędziłyśmy czas na długiej pogawędce i najważniejszym,   zakupach! Odwiedziłyśmy między innymi MAC, Bath&BodyWorks i Hebe. No właśnie, Hebe! Pierwszy raz w życiu zrobiłam zakupy w tej drogerii. Nigdy wcześniej o niej nie słyszałam i z tego co wiem, to u mnie w Holandii jej nie ma, ale myślę, że podczas mojego pobytu w Polsce na pewno ją jeszcze odwiedzę. Ta sama historia z B&BW. W całej Holandii nie ma ani jednego punktu tej marki. Urzekły mnie zapachy ich świeczek, a zwłaszcza Merry Cookie. Nie mogłam się mu oprzeć, zwłaszcza, że 3 świeczki były w cenie 2. Kapitalnie!



Wypad do Warszawy nie mógłby być uznany za udany gdybyśmy nie zahaczyły o najbardziej hipsterską kawiarnię świata, Starbucks. Pierwszy raz spróbowałam Gingerbread latte i muszę przyznać, że jest przepyszna a w gronie wspaniałych znajomych smakuje jeszcze lepiej. Mniam! Przy okazji wymieniłyśmy się prezentami świątecznymi. Podarowałam Kasi książkę Zoelli "Girl Online",  która miała niedawno swoją premierę. Z kolei ja dostałam wiele przewspaniałych rzeczy o których opowiem w poście z Warszawskiego haulu. O 12:55 na peron 2 wjechał mój pociąg jadący do Lublina, czyli terenu z którego pochodzę. Szkoda, że nasze spotkanie trwało tak krótko. Mam nadzieję, że następnym razem będziemy miały dużo więcej czasu na babskie pogaduchy.


Tak oto prezentuje się piewsza świąteczna notka. Jak Wam się podoba? Swoją drogą, wydaje mi się, że zebrałam wystarczająco materiału na mini-vloga, ale nie mam zielonego pojęcia kiedy go opublikuje, bo niestety nie miałam możliwości wzięcia ze sobą swojego laptopa.

19 komentarzy:

  1. Chętnie obejrzałabym tego mini vloga :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że uda mi się go zmontować do świąt. :)

      Usuń
  2. Tak, od ok. 4 lat jestem ich fanką choć ostatnimi czasy przechodzę kryzys wobec nich...
    justebreathe.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja siedze w tym trzy lata i ostatnio też przechodze ciagłe wzloty i upadki. Mam nadzieje, że po koncercie w Sopocie jakoś się to ustabilizuje.

      Usuń
  3. Swietny post :D

    kasia-kate1.blogspot.co.uk

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajna relacja :) Uwielbiam Bath&Body Works. Obserwuję :)

    http://classylicious.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Zazdrosze Ci, ze juz jestes w Polsce, my wyjezdzamy dopiero w czwartek i mamy ponad 800 km jazdy autem..
    cale szczescie, ze nie uleglas chorobie :) zycze duzo zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
  6. warszawa jest cudna!!
    http://zielonoma.blogspot.it/2014/12/snow.html

    OdpowiedzUsuń
  7. świetny post, świetny blog, cieszę się, że na niego trafiłam :) dużo ostatnio słyszałam o tej Gingerbread latte, muszę się w końcu wybrać do Starbucks'a i spróbować:) xx
    http://damekatrin.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. bardzo fajny post, mam nadzieję, że miło spędzisz czas w Polsce!:))

    www.kkaasia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  9. czekam na vloga :3
    Pytałaś o obserwacje, ja już. Czekam na uczciwy rewanż <3
    Poklikałabyś w link Sheinside w poście ? Z góry dziękuję <3
    stay-possitive.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  10. Zazdroszczę,nigdy nie byłam w Warszawie :(
    obs / obs ? ja już :3:3
    katie-about-katie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  11. kocham warszawę :) piękne miasto :)

    obserwujemy? zacznij i daj znać u mnie to się zrewanżuję od razu :) http://rosewithcherry.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  12. Warszawa jest cudowna, miałam okazję 3 razy w niej być ;)
    Poklikasz u mnie? Będę bardzo wdzięczna i postaram się w jakiś sposób odwdzięczyć
    Mój blog

    OdpowiedzUsuń
  13. Uwielbiam czytać tak luźno napisane posty. Warszawa to piękne miasto, ostatnio byłam w niej w październiku :)
    Obserwuję.
    matrelsy.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń